5.
Peron 4b dziewczyny obejrzały ze wszystkich stron i nie znalazły absolutnie nic podejrzanego. Zmęczone poszukiwaniami usiadły na podłodze ziewając przy tym.
- Ale beznadzieja - mruknęła Marry - Aż wieje nudą.
- Myślę, że powinnyśmy się zbierać - dodała Dominique.
- Jestem za - uśmiechnęła się Sophie - A nawet przeciw.
Zgodne wstały z podłoża z zamiarem odejścia, wtem usłyszały groźny głos.
- NIE POZWOLĘ WAM!
Momentalnie odwróciły głowy w kierunku dochodzącego dźwięku. Okazało się, że po biednym piesku nie zostało nawet śladu, za to w jego miejsce pojawił się olbrzymi demon. Miał długie czarne, nietoperze skrzydła, krwistoczerwone oczy oraz łuskowatą skórę.
- Od początku wiedziałam, że z tym zwierzakiem jest coś nie tak! - krzyknęła Marry wyciągając przy tym bicz.
- Wyglądał na takiego niewinnego - żaliła się Sophie również wyjmując broń.
Stał teraz uśmiechnięty od ucha do ucha ze swojego nieco "niecnego" planu, który szczerze mówiąc był co najmniej głupi, przynajmniej dla Nocznych Łowczyń gotowych już do bitwy. Nigdy w życiu na oczy nie widziały jeszcze tak strasznego i olbrzymiego potwora jak on. Demon nie tracił czasu na pogaduszki, czy zbędne komentarze i od razu przeszedł do rzeczy miotając swymi skrzydłami zakończonymi kolcami ostrymi niczym kły bazyliszka.
Nagle Dominique wpadła stela z kieszeni, więc schyliła się aby ją podnieść. Tym samym odwracając się plecami do wroga, jednak to nie wyszło jej na dobre, ponieważ złamała świętą zasadę, obowiązującą podczas walki
- Dominique, uważaj! - wrzasnęła przestraszona Marry, jednak było już za późno.
Stalowy kolec demona ugrzązł w delikatnym ramieniu dziewczyny, nadal tam pozostając, gdy stworzenie szarpnęło z całej siły. Lecz dla niego to mała drobnostka , ponieważ na miejsce starego natychmiast wyrósł następny, jeszcze bardziej lśniący. Szatynka nie wydała z siebie nawet najcichszego głosu, chociaż w jej oczach wyraźnie dało się ujrzeć ból. Podparła ciało na drugiej dłoni, żeby nie upaść.
Coś huknęło. Wściekła do granic wytrzymałości Sophie rzuciła najbliższą jej rzecz w kierunku demona. Wiedziała, że to nic nie da, wydawał się być niepokonany, a wszelkie ich próby okazywały się daremne. Cała od stóp do głów była spocona. W ręce trzymała seraficki miecz, choć miała pewność, iż nawet on sobie nie poradzi. Czuła się winna. To ona opatrzyła "biednego psa. Zawsze miała tą słabość do zwierząt i absolutnie nic nie mogła na to poradzić. Istota spojrzała na nią wzrokiem pełnym rozbawienia, zmierzając w stronę nastolatki.
- Witam, moja droga wybawczyni - powiedział.
- Gdybym wiedziała, dawno byś nie żył - wysyczała, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na rękojeści.
- Popatrz - wskazał łapskiem na Dominique i usilnie próbującą jej pomóc Marry - Biedna niedługo się wykończy, a ta druga raczej wiele nie zdziała. Chciałem cię właśnie zabić, ale w nagrodę za opiekę nade mną przyznam ci miano ostatniej.
Sophie zawirowało w głowie. To nieprawdopodobne, to nie może być koniec. Chciała coś zrobić, podbiec do niego, wbić ostrze w jego plecy... , jednak jej nogi nie wykonały żadnego ruchu,
- Marry! Dominique! Sophie! - wydyszała Olga.
Demon znajdował się w połowie drogi, gdy również, tak jak Soph usłyszał dochodzące z niedaleka głosy. Wyraz jego twarzyczki momentalnie uległ zmianie. Widocznie nie był przygotowany na taki rozwój zdarzeń.
- Jeszcze się zobaczymy - ryknął, po czym zniknął.
- Wyglądał na takiego niewinnego - żaliła się Sophie również wyjmując broń.
Stał teraz uśmiechnięty od ucha do ucha ze swojego nieco "niecnego" planu, który szczerze mówiąc był co najmniej głupi, przynajmniej dla Nocznych Łowczyń gotowych już do bitwy. Nigdy w życiu na oczy nie widziały jeszcze tak strasznego i olbrzymiego potwora jak on. Demon nie tracił czasu na pogaduszki, czy zbędne komentarze i od razu przeszedł do rzeczy miotając swymi skrzydłami zakończonymi kolcami ostrymi niczym kły bazyliszka.
Nagle Dominique wpadła stela z kieszeni, więc schyliła się aby ją podnieść. Tym samym odwracając się plecami do wroga, jednak to nie wyszło jej na dobre, ponieważ złamała świętą zasadę, obowiązującą podczas walki
- Dominique, uważaj! - wrzasnęła przestraszona Marry, jednak było już za późno.
Stalowy kolec demona ugrzązł w delikatnym ramieniu dziewczyny, nadal tam pozostając, gdy stworzenie szarpnęło z całej siły. Lecz dla niego to mała drobnostka , ponieważ na miejsce starego natychmiast wyrósł następny, jeszcze bardziej lśniący. Szatynka nie wydała z siebie nawet najcichszego głosu, chociaż w jej oczach wyraźnie dało się ujrzeć ból. Podparła ciało na drugiej dłoni, żeby nie upaść.
Coś huknęło. Wściekła do granic wytrzymałości Sophie rzuciła najbliższą jej rzecz w kierunku demona. Wiedziała, że to nic nie da, wydawał się być niepokonany, a wszelkie ich próby okazywały się daremne. Cała od stóp do głów była spocona. W ręce trzymała seraficki miecz, choć miała pewność, iż nawet on sobie nie poradzi. Czuła się winna. To ona opatrzyła "biednego psa. Zawsze miała tą słabość do zwierząt i absolutnie nic nie mogła na to poradzić. Istota spojrzała na nią wzrokiem pełnym rozbawienia, zmierzając w stronę nastolatki.
- Witam, moja droga wybawczyni - powiedział.
- Gdybym wiedziała, dawno byś nie żył - wysyczała, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na rękojeści.
- Popatrz - wskazał łapskiem na Dominique i usilnie próbującą jej pomóc Marry - Biedna niedługo się wykończy, a ta druga raczej wiele nie zdziała. Chciałem cię właśnie zabić, ale w nagrodę za opiekę nade mną przyznam ci miano ostatniej.
Sophie zawirowało w głowie. To nieprawdopodobne, to nie może być koniec. Chciała coś zrobić, podbiec do niego, wbić ostrze w jego plecy... , jednak jej nogi nie wykonały żadnego ruchu,
- Marry! Dominique! Sophie! - wydyszała Olga.
Demon znajdował się w połowie drogi, gdy również, tak jak Soph usłyszał dochodzące z niedaleka głosy. Wyraz jego twarzyczki momentalnie uległ zmianie. Widocznie nie był przygotowany na taki rozwój zdarzeń.
- Jeszcze się zobaczymy - ryknął, po czym zniknął.
***
- Dziewczyny wszystko w porządku? - zapytała Susanne w progu.
Rozglądając się dookoła spostrzegła, że nic nie jest w porządku. Każda z Nocznych Łowczyń odniosła jakieś rany.Krwawiąca Dominique teraz leżała na kolanach przerażonej Marry, która kreśliła jej iratze i głaskała po głowie, chociaż samej krew leciała z czoła. Ale nie dbała teraz o to. Trochę dalej zrozpaczona Sophie klęczała trzymając ręce na głowie i kołysząc się to w jedną, to w drugą stronę, zamiast wykorzystać runę, która usunęłaby rany na jej policzkach oraz brzuchu. Annie i Sus podeszły do niej pytając co się stało, a chłopaki z Victorią zajęli się pozostałą dwójką.
Wszyscy nawzajem sobie pomagając wrócili do Instytutu. Dominique zanieśli do szpitala, gdzie dostała odpowiednie leki. Pielęgniarka zalecała to samo Sophie, ale ta nie chciała nawet o tym słyszeć.
***
Victoria usiadła obok Annie, która siedziała na huśtawce na balkonie patrząc w powietrze.
- Wciąż nie mogę uwierzyć w to co się stało.
Annie popatrzyła na nią smutnym wzrokiem.
- Wiem, to trochę przygnębiające. Zważając na to, że demon ma zamiar wrócić, a ich słowa zawsze się sprawdzają.
- Żałuję, że mnie tam nie było i nie mogłam im pomóc - mruknęła Vicki.
- Nie tylko ty - dodała Ann - ale nie możemy w ten sposób myśleć. Co się stało to się nie odstanie i dobrze o tym wiesz. Mam tylko nadzieję, że Dominique z tego wyjdzie.
- Jestem pewna, iż zajmą się nią tutaj najlepiej jak potrafią - kąciki ust Victorii podeszły do góry, a ona zanurzyła dłonie głębiej w kieszeniach bluzy.
Dalej siedziały w ciszy rozmyślając o dzisiejszej nocy.
***
Susanne i Olga rozmawiały w drodze do sypialni, choć żadna z nich nie miała najmniejszej ochoty na sen.
- Druga grupa wróciła już z tej nawiedzonej chatki? - zapytała Sus.
- Jeszcze nie, trochę im to schodzi, podobno wysłali Noela, żeby zbadał czy wszytko okej - powiedziała z rezygnacją - Wyjechał godzinę temu i jeszcze nie wrócił, coś musi być na rzeczy.
- Dzisiaj była naprawdę pechowa noc, oby im dopisała choć odrobina szczęścia - jęknęła wspinając się na kolejny stopień.
- Czy mój pokój musi znajdować się tak wysoko? - zapytała Olga udając zasmucenie.
- Druga grupa wróciła już z tej nawiedzonej chatki? - zapytała Sus.
- Jeszcze nie, trochę im to schodzi, podobno wysłali Noela, żeby zbadał czy wszytko okej - powiedziała z rezygnacją - Wyjechał godzinę temu i jeszcze nie wrócił, coś musi być na rzeczy.
- Dzisiaj była naprawdę pechowa noc, oby im dopisała choć odrobina szczęścia - jęknęła wspinając się na kolejny stopień.
- Czy mój pokój musi znajdować się tak wysoko? - zapytała Olga udając zasmucenie.
Jak zawsze fajnie. Ciekawa jestem co się stanie z zaginioną z poprzedniego rozdziału
OdpowiedzUsuń