niedziela, 23 sierpnia 2015

Rozdział 1

1

Aberdeen, 2015

Ciepłe dni tego lata już niebawem miały położyć swój kres. Do września pozostały jedynie dwa tygodnie, ale jak na razie nic na to nie wskazywało Słońce wisiało wysoko w górze okalając swym blaskiem całe Aberdeen, wspaniałe miasto leżące w północno-wschodniej części Szkocji, położone nad Morzem Północnym. Cała ta historia zaczyna się pewnego sierpniowego, upalnego dnia, gdy większość osób siedzi w domu wylegując się na kanapie. Jednak nie oni, rodzina Herondale'ów była niezwykła, nie tylko dlatego, że należała do Nocnych Łowców. W szkockim Instytutucie, znajdującego się kilka kilometrów od cywilizacji oni spędzali aktywnie czas. Budynek o jakim mowa, tak naprawdę był ogromnym zamkiem umieszczonym na świętych ziemiach, zbudowanym oczywiście z granitu, jak wszystkie stare budowle w Aberdeen. Wznosiła się on naprawdę wysoko, a dwie wieżyczki osadzone po różnych stronach dotykały czubkami chmur. Z jednej strony roztaczał się pomost, na  końcu, którego można było zobaczyć pomnik Anioła Rajzela z mieczem w prawej dłoni i kielichem w lewej. Podobny figurował u szczytu kopuły, będącej centrum całego zamku. Z drugiej strony występował most, umożliwiający przejazd do Instytutu. Na balkonach będących szczególnie wysoce rosły w tych samych odległościach drzewa oraz różnego rodzaju rośliny stwarzając naturalne środowisko. Z tyłu gmachu zbudowana została spora wieża, służąca za bibliotekę, Nocni Łowcy uwielbiali tam przesiadywać i czytać wybrane lektury.
***
Godzina 12 w południe wcale nie przeszkadzała Victorii w dalszym spaniu, jednakże nie było jej dane dalsze przebywanie pod cieplutką kołdrą. Do pokoju nastolatki w wesołym humorze wparowała  Olga. Sypialnia miała ciemnoszary kolor, natomiast wszystkie meble były białe. Widoczne było, iż wielkie łoże z baldachimem stanowiło centrum dormitorium. Nie zabrakło tu szafy, toaletki, półki na książki oraz dwóch szafek nocnych. Kiedy zobaczyła, że dziewczyna nadal tkwi w łóżku nawet się nie zdziwiła, podeszła do niego i usiadła na brzegu.
- Och, jesteś okropna. – burknęła z oburzeniem. – Jak możesz tak marnować, taki piękny dzień!?
Ale Victoria, jakby jej nie słysząc przewróciła się tylko na drugi bok. Olga widząc reakcje kuzynki wstała lekko zniesmaczona i udając powagę powiedziała:
- Panno Herondale, jeśli pani zaraz stąd nie zejdzie będą tego poważne konsekwencje.
 Tym razem niektóre słowa dodarły do uszu dziewczyny.
- Przecież- już- wstałam. – Mruknęła cicho zaspanym głosem przytulając się do poduszki.
Olga nie miała zamiaru dawać za wygraną. Wyjęła bukiet kwiatów z flakoniku położonego na szafce nocnej i odłożyła go na bok. Sama ujęła w dłonie wazon pełen wody oraz przeniosła go nad łóżko.
- Ostrzegałam. – Oznajmiła przechylając przedmiot.
Cała jego zawartość chlusnęła wprost na twarz śpioszki. Nastolatka momentalnie się podniosła, ocierając przy tym twarz.
-Zwariowałaś? Przez ciebie jestem cała mokra! – Wrzasnęła mierząc koleżankę zabójczym wzrokiem.
- Ups, naprawdę nie chciałam, po prostu nie dałaś mi wyboru. –Odparła cofając się do drzwi.
Vicki odrzuciła pościel na bok i dźwignęła się na nogi od razu biegnąc w stronę Olgi, która przekroczyła właśnie próg oraz gnała przez korytarz.
- Ty mała żmijo! Jak tylko cię dorwę gorzko tego pożałujesz. – Zawołała na cały głos, nie zwracając uwagi na nikogo.
Przyśpieszyła tempo a także chwyciła ją za koszulę. To sprawiło, że obie poleciały do tyłu , tym samym upadając na posadzkę. Victoria chcąc wykorzystać sytuację usiadła na „przeciwniczce”.
- Teraz się z tobą rozprawię. – Rzekła podwijając rękawy piżamy do łokci.
Później dźgnęła nastolatkę palcami w żebra i zaczęła łaskotać po całym ciele.
***
Susanne Herondale przechodziła krętymi ścieżkami Instytutu , kiedy zauważyła, jak obie tarzają się ze śmiechu na zimnej podłodze. Pokręciła jedynie głową patrząc na nie z dezaprobatą, a potem dalej zmierzała żwawym krokiem do biblioteki. Miała zamiar zatopić się w jakieś książce i nie wychodzić z pomieszczenia przynajmniej do wieczora, lecz najpierw chciała udać się do kuchni umieszczonej na parterze po filiżankę mrożonej herbaty. Potrzebowała czegoś na schłodzenie.
- Dzień dobry! – rzuciła wchodząc.
Kucharki odpowiedziały jej tym samym. Było ich zaledwie cztery, ale bardzo dobrze się ze wszystkim uwijały. Pierwsza odezwała się najstarsza z nich. Wyglądała na około czterdzieści lat i była dość tęga.
- Czego sobie panienka życzy?
- Chciałam prosić tylko o mrożoną herbatę z cytryną. – Zawiadomiła siadając na drewnianym krześle.
- Oczywiście, zaraz przyniosę – mówiąc to odeszła w stronę szafki.
Pozostałe kobiety krzątały się tu i tam, w poszukiwaniu odpowiednich składników do przygotowania obiadu. Susanne poczęła śledzić wzrokiem kuchnie. Stanowiła ona obszerną część budowli, na boku przy ceglanej ścianie stał kwadratowy stół. Trochę dalej widniała ogromna lodówka, liczyła trzy metry wysokości i cztery szerokości. W pokoju nie zabrakło również wielu mebli, piekarnika, typowych sprzętów i akcesorii. Zazwyczaj panowała tu przyjemna atmosfera , choć zdarzały się sytuacje, kiedy ginęły jakieś przedmioty kilka minut przed posiłkiem, wtedy szefowa kuchni wpadała w szał.
Nim dziewczyna się obejrzała na stoliku stał kubek zimnego naparu.
- Dziękuje, Lisa. – Powiedziała.
- Tylko uważaj, żebyś się nie poparzyła! – Zawołała za nią.
Szybciej, niż sądziła dotarła do wrót biblioteki. Siedziało tu parę osób, ale jakoś szczególnie nie zwracała na nie uwagi. Półki z książkami były przywarte do ścian i sięgały samego szczytu, a żeby dostać się do wybranego działu trzeba było poruszać się krętymi schodami. Sus postanowiła, że dziś uda się na samą górę. Wchodząc, wchłaniała do nozdrzy zapach starych pism i pergaminów. Przypomniały jej się te czasy, kiedy była mała i bawiła się w chowanego z rodzeństwem,  zawsze przychodziła tutaj, a inni za nic nie mogli jej znaleźć. Kąciki ust Nocnej Łowczyni drgnęły lekko do góry na to wspomnienie, czuła, że  zna to miejsce jak własną kieszeń. Gdy już dotarła do celu rozejrzała się dookoła. Na tym piętrze tomów było niewiele, jednakże miały one w sobie coś wyjątkowego. Niektóre z nich Susanne czytała dziesiątki razy. Podeszła do regału i wyjęła księgę na chybił trafił. Spojrzała na okładkę. „Baśnie tysiąca i jednej nocy”. Dostała taką samą na swoje 11 urodziny, więc branie ją do siebie nie miało sensu. Odłożyła egzemplarz. Zamknęła oczy i wyciągnęła rękę, pod opuszkami palców poczuła wyniszczony brzeg, więc złapała książkę i natychmiast spojrzała na tytuł.
- Opowieść o dwóch miastach. – Szepnęła do siebie.
Słyszała o niej, ale jeszcze ani razu nie czytała. Ta wyglądała na bardzo starą, co zainteresowało Susanne. Od razu chciała zobaczyć rok w, którym została wyprodukowana.
1872. 
- Musi być naprawdę stara - pomyślała z uśmiechem.
Właśnie była w połowie drogi, kiedy spomiędzy stron wypadła jakaś kartka. Zdziwiona Susanne podniosła ją, to był list. Szybko przeczytała go z rozszerzonymi oczami.

"Tess, Tess, Tessa. 

Czy kiedykolwiek istniał piękniejszy dźwięk niż twoje imię? Mówienie go na głos sprawia, że moje serce dzwoni niczym dzwonek. To takie dziwne wyobrażać to sobie, co nie? Dzwoniące serce... Ale gdy ty dotykasz mnie, tak właśnie to wygląda: jakby moje moje serce dzwoniło w mojej piersi i jego dźwięk spływa dreszczem w moich żyłach i rozłupuje moje kości radością. 
Czemu napisałem te słowa w tej książce? Z powodu Ciebie. Nauczyłaś mnie kochać tę książkę, gdy nią gardziłem. Gdy przeczytałem ją po raz drugi, z otwartym umysłem i sercem, poczułem tą całkowitą rozpacz z powodu Sydneya Cartona i zazdrościłem mu. Tak, Sydneyowi, bo nawet nie mając nadziei, że kobieta, którą kochał, odwzajemni jego uczucia, przynajmniej mógł powiedzieć jej o swojej miłości. Przynajmniej mógł zrobić coś, by udowodnić płomienność swoich uczuć, nawet jeśli oznaczało to, że miał umrzeć. 
Wybrałbym śmierć dla szansy, aby wyznać Ci prawdę, Tessa, jeśli miałbym pewność, że śmierć dotyczyłaby tylko mnie. Właśnie dlatego tak zazdrościłem Sydneyowi, bo był wolny. 
A teraz, gdy w końcu jestem wolny, mogę nareszcie powiedzieć ci, nie bojąc się o Twoje bezpieczeństwo, wszystko to, co czuję w moim sercu. 
Nie jesteś ostatnim snem mojej duszy. 
Jesteś pierwszym snem, jedynym snem, którego nie mogłem nie śnić. Jesteś pierwszym snem mojej duszy i począwszy od tego snu, mam nadzieję, nadejdą następne sny, przez całe życie. 
Narszcie z nadzieją, 
Will Herondale"



***
Dominque i Madeline siedziały na miękkiej trawie rozmawiając.
- Na Anioła! Jak on mnie denerwuje. – Zadygotała Maddie – Mam ochotę tam iść i przywalić mu w tą parszywą gębę.
Siostra spojrzała na nią, jej żółte oczy wyrażały niezrozumienie.
- Możesz mi powiedzieć, o kim mówisz?
- Jak to o kim! O tym dupku, który jest po przeciwnej stronie.
Dominique spojrzała za siebie. Chłopak stał nonszalancko oparty o pień drzewa patrząc na nich wzrokiem pełnym kpiny. Jego ciemne włosy zostały potargane przez wiatr, co jeszcze bardziej dodawało mu uroku, a błyszczące w słońcu niebieskie tęczówki przeszywały na wylot. Jednak, jak wspominała jej towarzyszka, był on totalnym draniem.
- Noel Hamilton? Daj spokój, już dawno wszyscy zdążyliśmy nauczyć się go ignorować – powiedziała stanowczo. – Po prostu zrób to samo.
Madeline nawet nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ właśnie wtedy podeszła do nich dziewczyna z długimi granatowymi włosami oraz fioletowymi oczami. W dłoniach trzymała drogi aparat, a na twarzy pojawił jej się złośliwy grymas.
- Uśmiech Herondale’owie! – przyłożyła przedmiot do głowy i pstryknęła zdjęcie – Wreszcie wasze durne twarzyczki do czegoś się nadadzą. Będę mogła nimi odstraszać demony.
Następnie przybrała pozę osoby, która mocno się nad czymś zastanawia.
- Myślę, że kiedy to zobaczą uciekną hen daleko i na długo nie wrócą.
Młodsza z rodzeństwa już otwierała usta, jednak Dominique była szybsza.
- Ach, jesteś aż tak beznadziejna z samoobrony, że już sama nie dajesz sobie rady? A co do pomysłu to bardzo kiepski, prędzej tym zjawą do zakochania, niż do uciekania. – powiedziała to najsłodszym tonem jaki potrafiła z siebie wydobyć.
Nocna Łowczyni tylko mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, brzmiącego niczym „Jeszcze się policzymy”, a później odeszła w całkiem inną stronę.
- Ją też nauczyliśmy się lekceważyć? – w głosie siostry pobrzmiewała nutka ironii.
Dominique prychnęła siląc się na oburzenie.
 Chwilę później obie wybuchnęły gromkim śmiechem, zwracając przy tym uwagę pozostałych osób obecnych na dworze.
***
W tym samym czasie Claudia, Annie, Susan i Marry postanowiły wybrać się nad wodę. Zabrały swoje rzeczy w torby i wsiadły na rowery. Droga do morza nie była długa, także te pojazdy sprawdzały się znakomicie.
- Claudia, ty znowu z łukiem? – obruszyła się Susan. - No weź jedziemy tylko nad morze!
Przyjrzała się dokładnie koleżance.  Posiadała piękne, duże zielone oczy oraz długie włosy koloru średni brąz. Miała na sobie jasnoniebieskie bikini oraz broń przewieszoną przez ramie. Całość dawała wrażenie, iż wyglądała ślicznie a zarazem niebezpiecznie.
- Nigdy nie znasz dnia, ani godziny. – Mruknęła.
Dziewczęta szybko dotarły na plażę, Annie od razu poleciała w stronę wody, zaś pozostałe trzy rozłożyły koce na gorącym piasku.
- Czy tylko ja mam wrażenie, że te wakacje upływają zdecydowanie za szybko? – Zapytała Marry z wyrzutem.
- Nie tylko ty, mała – dobiegł je zza pleców uwodzicielski głos.
Obejrzały się za siebie. Jakiś dwóch Nocnych Łowców postanowiło spędzić wolny czas nad wodą, zamierzali również chamsko się doczepić.
- Witajcie, drogie panie – przywitał się starszy z nich. – Jestem Oliver, a ten za mną to Tayler.
- Susan. Z mojej lewej to Claudia, a z prawej Marry. – Powiedziała za siostry, które najwyraźniej nie miały zamiaru się przedstawiać. – A ta, która pływa to Annie.
Wskazała palcem na postać w oddali, Annie pomachała im. Claudia odruchowo chwyciła swój łuk i pobiegła w stronę morza, ale zamiast wejść do niego usiadła nad brzegiem. Ucieszony Oliver (z powodu, że będzie mógł zostać z nią sam na sam) powędrował w jej kierunku.
- Słuchajcie, Oliver to straszny podrywacz, lepiej będzie, jeśli wasza koleżanka go oleje, bo inaczej nie wyjdzie jej to na dobre. – Poradził  Tayler patrząc na przyjaciela, który pożerał wzrokiem Claudie.
Marry zaśmiała się złośliwie.
- Lepiej martw się o swojego kolegę – oznajmiła chciwie – Może nie wrócić w całości.
- Zmierzasz do czegoś? – zmrużył oczy, na wzór kota.
- Absolutnie nie, zresztą sam się przekonasz.
Oliver usadowił się obok dziewczyny.
- Czego chcesz? – warknęła odsuwając się od niego.
- Udaje niedostępną – pomyślał z satysfakcją. – Lubię takie.
- Dałabyś zaprosić się na kolację? – spytał pomijając jej wcześniejszą wypowiedź.
- Jedyne co mogę ci dać idioto, to tą strzałą w oko.– Mówiąc to pokazała zaostrzony metalowy kij.
Niezadowolony z łowów chłopak syknął, że jest nienormalna. Claudia wnerwiona do granic wytrzymałości wymierzyła mu kopniaka między nogi, a ten upadł trzymając się za obolały punkt.
Chlupiąca się w wodzie Annie, nagle poczuła pod nogami coś dziwnego. Zaskoczona wyciągnęła ręce w tamtą stronę i wyjęła tajemniczą rzecz. Okazało się, że to pierścień, w dodatku nie byle jaki. Wykonany został ze szczerego srebra, a u góry widniał duży granatowy diament.  Słysząc, jak przyjaciółki ją wołają, zacisnęła unikat w pięśc i pognała do nich.
- Coś się stało?
- Opowiemy ci wszystko po drodze – wyparowała Susan. – Co tak tam sterczałaś?
- Po prostu… szukałam muszelek, ale żadnych nie znalazłam. – Skłamała szybko.
Potem chwyciła torbę i wrzuciła do niej pierścionek.
***
Sala treningowa miała jakieś 65m2, na ścianach wisiały różne noże, miecze, topory, włócznie, łuki itd. Czego tylko dusza zapragnie. Po środku stały kukły, na których można było wykonywać ćwiczenia, a gdzieniegdzie zostały porozstawiane tarcze oraz worki bokserskie. Przy ścianach leżały materace, gdzie aktualnie siedziały Hannah i Dominika. Niespodziewanie do pomieszczenia wparowała zadowolona Julie.
- Cześć kochane! – Zawołała w progu. – Słyszałam, że was tu znajdę.
- Hej. – bąknęły bez entuzjazmu.
- A ty co taka ucieszona? – Zapytała Dominika.
- A wy takie smutne? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Chyba nie do końca się wyspałyśmy – oświadczyła Hannah.
- No nie ważne, przyszłam, żeby przekazać wam najnowszą wiadomość – Uśmiechnęła się szeroko – Z okazji zakończenia wakacji nad rzeką ma odbyć się ognisko. Przyjedzie też kilka osób z innych Instytutów. Ogółem świetna zabawa!
- Jakoś wolałabym przespać ten dzień – żachnęła się Hann.
- Przestań, może być zabawnie – Dominika szturchnęła ją w bok ruszając sugestywnie brwiami.
Julie popatrzyła na nie, jak na jakieś niedorobione.
- Ale z was ciućmoki – zaśmiała się.
Julie była szatynką o ciepłych brązowych oczach. Teraz miała na sobie kremową koszulkę i czarne spodenki, przez co wyglądała jeszcze bardziej sympatycznie. Nagle coś załaskotało Dominike w nogę.
- Ej, zostawcie moją nogę – zachichotała. – Inaczej źle się to dla was skończy.
- Ale, Domi o czym ty mówisz? – zapytały jednocześnie zaskoczone.
Nastolatka popatrzyła na ich miny, z których wynikało, że nie mają z tym nic wspólnego. Serce podskoczyło jej do gardła, jednak hardo odwróciła się do tyłu. Westchnęła z ulgą, kiedy okazało się, iż to tylko mały króliczek miniaturka należący do Madeline.
- Aguamenti, ale mnie wystraszyłeś! – powiedziała do pupila, biorąc go na ręce. 
- Mówię, wam ten zwierzak ma czasem niezłe odpały, raz nawet zaczął mnie kopać - mruknęła Julie.
- Może zasłużyłaś? - wtrąciła się Hannah.
- Ja, taka grzeczna dziewczyna? - prychnęła.
- Chyba kiedy śpisz i wołasz jeść.
***
Sophie ten dzień spędzała na dworze wraz z siostrą, Agathą. Siedziały na pomoście karmiąc chlebem pływające dookoła kaczki oraz ryby. Po tej części Instytutu było dziś dość spokojnie i raczej nikt tu nie przychodził, ponieważ większość wolała spędzić ten czas na tyłach w ogrodach. Rozmawiały całkiem spokojnie, kiedy nagle jedna z kaczek rozprostowała skrzydła i poszybowała w kierunku Sophie, wierzgając nogami i rozrzucając pióra na wszystkie strony. Oszołomiona dziewczyna zahaczyła nogą o deskę, a to wystarczyło aby wpadła do wody. W rzece było dość głęboko oraz dziwnie zimno, jak na tak upalny dzień. Siła uderzenia spowodowała, że wszystkie kaczki odpłynęły daleko stąd. 
- Pomocy! - zawołała - Nie potrafię pływać!
Spanikowana Agatha, nie wiedziała co ma robić, sama nie radziła sobie z pływaniem najlepiej, chociaż najgorszą nazwać ją nie można. Ta chwila wahania sprawiła, iż ktoś inny uprzedził ją w tym zadaniu. Jakiś chłopak, z daleka ujrzała jego kruczoczarne włosy, zdjął swoją koszulkę i natychmiast wskoczył do wody na ratunek Sophie. Zwinnie wziął na siebie jej ramię oraz ujmując ją w pasie popłynął szybko do brzegu. Agatha nie czekając dłużej, sama pobiegła w tamtą stronę.
- Na Anioła! Nic ci nie jest? - zawołała przerażona do nastolatki.
- Juz.Wszystko.Dobrze - wydukała pomiędzy kolejnymi kaszlnięciami.
Leżała cała przemoczona w ramionach chłopaka, który okazał się być Leonem Fosterem. Spojrzała na niego oczami pełnymi wdzięczności.
- Dziękuje, gdyby nie ty nie wiem co  by się stało.
- Naprawdę to drobnostka, najważniejsze to zabrać cię teraz do Instytutu, musisz się ogrzać.
- Skąd się tu wziąłeś? - zapytała Agatha - Wcześniej cię nie widziałyśmy.
- Przebywałem w zamku, ale zrobiło mi się duszno i musiałem wyjść się przewietrzyć.
- Dasz radę dojść sama, czy mam ci pomóc? - tym razem zwrócił się do Sophie.
- Myślę, że sobie poradzę.
Leon i Sophie szli razem z przodu zupełnie nie zwracając uwagi na Agathę, która wlokła się za nimi.
- Ach, zakochani - jęknęła udając mdłości. Później postanowiła zanucić o tym jakąś piosenkę.

1 komentarz: