Tegoroczny bal bożonarodzeniowy miał pozostać na długo w pamięciach jego uczestników, nie tylko ze względu na to, jak pięknie prezentowała się sala. Był jeszcze inny powód.
***
Wyszykowane na bóstwa dziewczyny przekroczyły próg pomieszczenia, każda z nich wyglądała inaczej, ale równie zjawiskowo. Chłopcy w garniturach oraz smokingach też byli niczego sobie. Nocne Łowczynie z zachwytem popatrzyły na wystrój; wnętrze całego miejsca zostało udekorowane w bardzo ładny i precyzyjny sposób. Przy wystawnym oknie stała olbrzymia choinka z tysiącem najróżniejszych ozdób oraz malowniczą złotą gwiazdą u szczytu. Po bokach przy ścianach rozstawiono stoły pełne przysmaków dla każdego, z sufitu zwisały kokardki, bombki, a nawet sztuczne aniołki dodające uroku całej scenografii. Parkiet jak na razie świecił pustkami, chociaż w tle leciały świąteczne piosenki.
- To jak dzisiaj się bawimy na całego? - zapytała ucieszona Olga.
Reszta dziewczyn zgodnie pokiwała głowami.
- Świetnie, możemy od razu opić się do zgonu - zaproponowała Marry, która dopiero co dołączyła.
- Jestem za! - zawołała przechodząca Julie, a widząc zbierającą się grupkę dziewczyn podeszła zobaczyć o czym mowa.
- To na co czekacie, kieliszki w rękę i do roboty - zaśmiała się Annie.
Powiedziała to dla żartu, tak jak pozostałe siostry, ale ku jej zdziwieniu wszystkie pobiegły w kierunku stołu z alkoholem. Nie chcąc odstawać od paczki nadal zaskoczona poszła za nimi.
- Na początek proponuje to wytrawne czerwone wino - Victoria wskazała dłonią butelkę trunku z 1845 roku.
- Skoro tak się na tym znasz to polewaj od razu - Susanne puściła jej oczko.
Nie czekając dłużej Vicki nalała każdej po trochu alkoholu.
- A co tu się wyrabia? - do stołu przywędrowała uśmiechnięta Madeline śpiewająca "All I want for Christmas is you".
- Planujemy się opić - odpowiedziała Aghata.
- Bardziej pasowałoby mi to na Sylwestra, ale skoro tak nie mogę odmówić.
Koleżanka podała jej kieliszek tak jak pozostałym i zawołała:
- Za Nocnych Łowców!
- Za Nocnych Łowców - powtórzyły chórem.
Rozejrzały się po sali. Większość osób już przyszła, a niektórzy nawet porwali się w wir magii świąt i już tańczyli. Jak gdyby nigdy nic Hannah Herondale schowała się tuż obok choinki i czytała książkę w ogóle nie zważając na to co dzieje się wokoło (zapewne czytała by ją gdzie indziej, lecz każdy mieszkaniec Instytutu musiał pojawić się na balu). Dominique widząc to wyrwała dziewczynie księgę z ręki i szybko zamknęła. Hann jak zbudzona ze snu spojrzała na nią pełna złości.
- Ej, co ty sobie wyobrażasz!?
- Tak się składa, że teraz mamy pewną uroczystość, a kiedy tak jest to się bawimy, a nie czytamy.
- Zero sprawiedliwości - burknęła wstając z podłogi.
- Jeszcze tylko więcej uśmiechu, a będzie idealnie - nakręcała ją dalej.
-Ehh, wal się! - krzyknęła odchodząc w stronę barku.
- Też cię kocham, Hann! - posłała jej buziaczka w powietrzu, na co tamta jedynie wywróciła oczami.
Dominique zerknęła na okładkę tomu, tytuł głosił "Angelfall". Przeczytała opis. Nigdy nie sądziła, że Hannah lubi tego rodzaju książki, a tu proszę. Najwidoczniej nie wiedziała jeszcze wielu rzeczy o swych siostrach.
środa, 23 grudnia 2015
poniedziałek, 2 listopada 2015
Rozdział 7
Kolejny dzień w Instytucie mijał jakoś szczególnie powoli. Większość osób włóczyła się bez celu i nie wiedziała co ze sobą począć. Niektórzy wykorzystali ten dodatkowy czas na przespanie jeszcze paru dobrych godzin. Oczywiście nie obeszło się bez porannych ptaszków, do takich osób wcale nie należała Marry, ale tej nocy kompletnie nie mogła zasnąć. Wiercąc się to z jednej strony, to z drugiej wstała wreszcie z łóżka i spojrzała na zegarek. Było dziesięć minut po godzinie czwartej. Wierzchem dłoni przetarła oczy oraz założyła miękkie, białe kapcie. Następnie po cichu wymknęła się z pokoju i powędrowała krętymi korytarzami Instytutu. Nie wzięła ze sobą niczego, co pomogłoby oświetlić jej drogę, ale ani trochę jej to nie przeszkadzało, aż ostatecznie uderzyła głową o ścianę i upadła na dywan. Zirytowana zaczęła przeklinać na cały głos, budząc przy tym koleżankę w pobliżu.
Zaspana Dominique otworzyła drzwi swojego pokoju.
- Co tu się do cholery jasnej... - urwała widząc Marry - Co się stało?
Nastolatka odwróciła się i zobaczyła koleżankę. Podrapała się ręką po głowie.
- Ach no nic takiego, mały wypadek przy pracy.
- Na pewno wszystko w porządku? - ziewnęła Domi.
- Tak, jasne. - zamknęła przy tym na chwilę oczy - I jeśli cię obudziłam to wiesz...
- Nic się nie stało, zdążyłam się do tego przyzwyczaić, wiesz jak to jest. Ale raczej już nie zasnę.
Marry zrobiło się trochę głupio, że swoimi wrzaskami obudziła kuzynkę, lecz to po prostu leżało w jej naturze i nic nie mogła na to poradzić.
- Jeśli masz ochotę, możesz się ze mną przejść - zaproponowała.
- Poczekaj chwilę, założę tylko szlafrok - mówiąc to zniknęła za drzwiami.
Minęły trzy minuty i Dominique z powrotem znalazła się przy wejściu.
- To dokąd? - zapytała już nieco bardziej ożywiona.
- Do kuchni. Jeśli zaraz czegoś nie zjem to padnę.
Kiedy doszły na miejsce, bez wahania wyjęły z szafki każdego rodzaju ciasteczek oraz wlały mleka do szklanki.
- Fuj te są okropne - Marry wypluła w chusteczkę słodycz, który przed chwilą przeżuwała.
- Marcepanowe? One są przepyszne - dziewczyna wzięła je do ręki i zjadła z rozmarzoną miną.
W tym czasie jej towarzyszka przyglądała się temu z niesmakiem.
- Jak ty możesz to... - nie dokończyła ponieważ niedaleko nich spadło jakieś naczynie i stłukło się.
Nocne Łowczynie natychmiast wstały rozglądając się dookoła.
- Halo?! Jest tu ktoś? - zawołała mocnym głosem Dominique.
Jednak nikt nie odpowiedział.
- Ty idź na prawo, a ja na lewo.
Marry kiwnęła głową.
Ale chociaż przeszukały calutką kuchnie, nikogo nie znalazły.
***
Hannah tego dnia dopisywał humor. Chodziła po Instytucie żwawo zaczepiając innych. Po drodze spotkała Sophie.
- Cześć młoda! - zawołała.
Sophie szybko odwróciła głowę i z uśmiechem na twarzy również powitała koleżankę.
- Słyszałaś o imprezie Halloween'owej? - zapytała Soph.
- Jasne, większość tylko o tym gada. Chyba pójdę, a ty?
- Właściwie to nie jestem do końca przekonana skoro organizują to podziemni - nastolatka przestępowała z nogi na nogę.
- Chodź, będzie mega zabawa! Słyszałam, że Dominique, Madeline i Victoria też idą i jeszcze kilku chłopaków.
- No nie wiem... - Sophie niezbyt przekonywała ta perspektywa.
- Naprawdę nie wiem nad czym się zastanawiasz - pokiwała z dezaprobatą Hann - Idziesz z nami i nie ma żadnego "ale".
- Ochh to niesprawiedliwe! - dziewczyna siliła się na oburzenie, chociaż pomyślała, że takie małe oderwanie się od codzienności raczej jej nie zaszkodzi.
- Nie marudź mi tutaj. Zostało nam zaledwie kilka godzin! A jeszcze musimy wymyślić przebrania i wszystko przyszykować... - zaczęła nawijać młoda Nocna Łowczyni.
Sophie wywróciła oczami, złapała ją za rękę i pociągnęła za sobą.
***
- Wyglądam jak... - zaczęła Victoria nie dobrze wiedząc jak to określić - Jak straszydło!
Reszta koleżanek zaśmiała się.
- Tak masz wyglądać - powiedziała z kpiącym uśmiechem Madeline, która sama już była przebrana, tylko za kościotrupa.
- Ale, ale, ale - przejrzała się jeszcze raz dokładnie w lustrze. Chciała wyglądać jak księżniczka mroku, a one zrobiły z niej Gnijącą Pannę Młodą. Niedorzeczne. Nie było nawet czasu, żeby cokolwiek zmienić.
- Jesteście okropnymi wizażystkami! - obruszyła się.
środa, 14 października 2015
Rozdział 6
Dziewczyny stały same na dworze, pośród ciemnej nocy. Postanowiły trochę się rozejrzeć i być może znaleźć jakikolwiek ślad, czy wskazówkę, która pomogłaby odnaleźć im koleżankę. Obeszły dookoła cały dom, nie znajdując przy tym nic ciekawego, ani godnego uwagi. Zrezygnowane usiadły na schodach.
- Co teraz robimy? - zapytała jedna z nich.
- Czekamy, chyba nic innego nam nie pozostaje.
- Nie mogę tak po prostu tu gnić, kiedy Sus może znajdować się w prawdziwym niebezpieczeństwie! - wyrzuciła z siebie Julie schodząc z siedzenia - Jeśli coś jej się stanie...
- Nie martw się, znajdziemy ją - obiecała Claudia również wstając i chwytając łuk w ręce.
Przytuliła mocno przyjaciółkę, pocieszając ją. Za jej plecami ujrzała sikorkę, która dziwnie się na nią patrzyła, tak jakby chciała jej coś pokazać.
- Julie popatrz, ona chyba chce nam coś pokazać.
Nastolatka odwróciła głowę w tamtą stronę, w tym samym czasie ptak zleciał z drewna i szybował w kierunku lasu.
- Chodźmy za nim - powiedziała Claudia biorąc koleżankę pod rękę.
Właśnie ruszyły biegiem do lasu podążając za sikorką oraz mocno wierząc w to, że ona zdoła im pomóc. Stanęły w miejscu, dopiero wtedy, kiedy ptak usiadł na gałęzi jakiegoś buka. Swoją drobną posturą wskazywał na będące nieopodal wejście. Prawdopodobnie była to piwnica, należała do tych starych i podziemnych. Julie przełknęła ślinę i popatrzyła na Claudie. jej wzrok mówił " To nasza ostatnia nadzieja". W takim razie, nie traćmy czasu pomyślała Claudia i sama jako pierwsza podeszła do piwnicy. W drzwiczkach umocowana została kłódka, jednak Nocne Łowczynie bez problemu się z nią uporały. Weszły do środka. Było tam wilgotno, a na ścianach rozmnażał się grzyb i roztocza. Powietrze stało się jakoś dziwnie cięższe, a do oświetlenia drogi miały tylko jeden magiczny kamień. Skrzypiącymi schodami schodziło się jakieś 10m w dół. Pomieszczenie, w którym teraz przebywały nie należało do dużych, ani nawet nie miało w swoim asortymencie wiele rzeczy. Rozejrzały się piwnica zawierała jedynie jakiś zepsuty stół, dziurawy dywan i kilka obrazów. Właśnie obrazów... za pewnym z nich dojrzały średniego rozmiaru przejście.
- Chodź tutaj - nakazała gestem dłoni Julie.
Koleżanka natychmiast znalazła się u jej boku.
- Myślisz, że to to czego szukamy?
- Ja tak nie myślę, ja to wiem - uśmiechnęła się blado i zniknęła w przejściu.
***
Agatha znalazła przyjaciółkę samotnie leżącą w liściach. Kiedy ona spokojnie rozmawiała z czarodziejem jej przyjaciółka miała poważne kłopoty, nawet walczyła z demonem.
- Jak mogłam być taka głupia - łzy leciały z jej oczu, gdy na kolanach trzymała głowę Dominiki.
Obserwujący cała sytuacje mężczyzna uznał, że nie może tak bezsensownie na to patrzeć i stwierdził, że nie lubi patrzeć na coś takiego, dlatego też dla własnej potrzeby zgodził się pomóc.
- Mogę sprawić, że twojej koleżance poprawi się stan zdrowia, ale i tak powinna ja najszybciej znaleźć się w szpitalu.
Agatha podniosła głowę do góry.
- Naprawdę mógłbyś to zrobić? - załkała.
- Oczywiście, chociaż nie ma nic za darmo. - wyszczerzył zęby
- Zrobię co zechcesz tylko błagam uratuj ją - poprosiła.
- W takim razie musisz się odsunąć, ponieważ taki proces trochę potrwa.
Dziewczyna z wielkim bólem odeszła od Nocnej Łowczyni i usiadła pod drzewem.
***
Susan momentalnie odwróciła głowę do tyłu. Stał za nią jakiś facet najprawdopodobniej w podeszłym wieku, ponieważ nie mogła zobaczyć jego twarzy, którą skrywał za maską.
- K-kim pan jest? - zapytała przerażona cofając się do tyłu.
- Chyba ja powinienem zadać ci to pytanie ślicznotko - mruknął - Jesteś obecnie na moim terenie, więc mogę zrobić z tobą co zechcę.
Irytacja zagościła w jakimś zakamarku jej mózgu. Co on sobie do cholery wyobraża? Jest Nefilim, ma broń i może walczyć, a jakiś chory psychol nie będzie wygadywał takich bzdur! Niestety towarzysz przewidział jej reakcje.
- Cóż zapewne teraz zastanawiasz się, co ja taki zwykły człowiek mogę ci zrobić, kiedy ty jesteś sobie zacnym Nefilim, urodzonym z anielskiej krwi! - jego głos przepełniała złość i irytacja. - Opowiem ci coś, już od dawnych lat wiedziałem, iż ze mną nie jest wszystko w porządku...
- Akurat z tym się zgodzę - przerwała mu Sus.
- Ucisz się niewdzięcznico! Nie skończyłem. - warknął - Tak więc, kiedy byłem młodszy okazało się, że dostałem pewien dar, a mianowicie Wzrok. Inni tego nie doceniali, śmiali się ze mnie, mówili, że jestem dziwakiem i mam przywidzenia. Natomiast ja miałem pewność, iż widzę rzeczy, jakie reszta nie potrafi dostrzec. Pewnego dnia moje przypuszczenia okazały się prawdą. Ujrzałem pewnego Nocnego Łowce walczącego z demonem, on również mnie zobaczył. Zabił szybko demona i zwrócił się do mnie. Chciał żebym był jego pomocnikiem, a ja ucieszony jak głupi zgodziłem się. Miałem głęboką nadzieję, że mój dar jest wyjątkowy, że ja jestem wyjątkowy, lecz to co stało się później nie mogło być gorsze. "Pomoc" miała polegać na służbie, a nie na zabijaniu potworów czy innych emocjonujących sprawach. Najpierw się tym znudziłem, a potem wkurzyłem. Doszedłem do wniosku, iż nie chce być jakimś popychadłem, chcę zostać kimś większym i ważniejszym, aczkolwiek mojemu "panu" niekoniecznie spodobał się ten pomysł. Mówił mi o tym jaki jestem niewdzięczny i ile dla mnie zrobił oraz poświęcił. Nie miał najmniejszego zamiaru wypuszczać mnie ze swojej posesji, mało tego zdenerwował się tak mocno, aż postanowił zamknąć mnie w lochach. Po prostu mu odbiło. Przez 5 lat żyłem o chlebie i wodzie, nie widząc światła, mając za przyjaciela tylko ciemność. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale któregoś dnia ktoś zapomniał zamknąć moją celę. Zemściłem się na Nefilim, mordując jego bliskich i każąc mu oglądać jak umierają, a na samym końcu zabiłem jego. W tej chwili nienawidzę każdego Nocnego Łowcy, czy magicznego stworzenia. Jeszcze nikt nie wyszedł stąd żywy.
Zdegustowana Susan może nawet by mu trochę współczuła, jednak w tej chwili czuła tylko obrzydzenie. Sięgnęła dłońmi do tyłu, ale nie znalazła swoich broni.
- Myślałaś, że jestem na tyle głupi, aby najpierw cię nie unieszkodliwić? Doprawdy zabawne - ruszył w jej stronę.
_________________________________
Postanowiłam jednak podzielić historie na 3 grupy bohaterów :3
- Co teraz robimy? - zapytała jedna z nich.
- Czekamy, chyba nic innego nam nie pozostaje.
- Nie mogę tak po prostu tu gnić, kiedy Sus może znajdować się w prawdziwym niebezpieczeństwie! - wyrzuciła z siebie Julie schodząc z siedzenia - Jeśli coś jej się stanie...
- Nie martw się, znajdziemy ją - obiecała Claudia również wstając i chwytając łuk w ręce.
Przytuliła mocno przyjaciółkę, pocieszając ją. Za jej plecami ujrzała sikorkę, która dziwnie się na nią patrzyła, tak jakby chciała jej coś pokazać.
- Julie popatrz, ona chyba chce nam coś pokazać.
Nastolatka odwróciła głowę w tamtą stronę, w tym samym czasie ptak zleciał z drewna i szybował w kierunku lasu.
- Chodźmy za nim - powiedziała Claudia biorąc koleżankę pod rękę.
Właśnie ruszyły biegiem do lasu podążając za sikorką oraz mocno wierząc w to, że ona zdoła im pomóc. Stanęły w miejscu, dopiero wtedy, kiedy ptak usiadł na gałęzi jakiegoś buka. Swoją drobną posturą wskazywał na będące nieopodal wejście. Prawdopodobnie była to piwnica, należała do tych starych i podziemnych. Julie przełknęła ślinę i popatrzyła na Claudie. jej wzrok mówił " To nasza ostatnia nadzieja". W takim razie, nie traćmy czasu pomyślała Claudia i sama jako pierwsza podeszła do piwnicy. W drzwiczkach umocowana została kłódka, jednak Nocne Łowczynie bez problemu się z nią uporały. Weszły do środka. Było tam wilgotno, a na ścianach rozmnażał się grzyb i roztocza. Powietrze stało się jakoś dziwnie cięższe, a do oświetlenia drogi miały tylko jeden magiczny kamień. Skrzypiącymi schodami schodziło się jakieś 10m w dół. Pomieszczenie, w którym teraz przebywały nie należało do dużych, ani nawet nie miało w swoim asortymencie wiele rzeczy. Rozejrzały się piwnica zawierała jedynie jakiś zepsuty stół, dziurawy dywan i kilka obrazów. Właśnie obrazów... za pewnym z nich dojrzały średniego rozmiaru przejście.
- Chodź tutaj - nakazała gestem dłoni Julie.
Koleżanka natychmiast znalazła się u jej boku.
- Myślisz, że to to czego szukamy?
- Ja tak nie myślę, ja to wiem - uśmiechnęła się blado i zniknęła w przejściu.
***
Agatha znalazła przyjaciółkę samotnie leżącą w liściach. Kiedy ona spokojnie rozmawiała z czarodziejem jej przyjaciółka miała poważne kłopoty, nawet walczyła z demonem.
- Jak mogłam być taka głupia - łzy leciały z jej oczu, gdy na kolanach trzymała głowę Dominiki.
Obserwujący cała sytuacje mężczyzna uznał, że nie może tak bezsensownie na to patrzeć i stwierdził, że nie lubi patrzeć na coś takiego, dlatego też dla własnej potrzeby zgodził się pomóc.
- Mogę sprawić, że twojej koleżance poprawi się stan zdrowia, ale i tak powinna ja najszybciej znaleźć się w szpitalu.
Agatha podniosła głowę do góry.
- Naprawdę mógłbyś to zrobić? - załkała.
- Oczywiście, chociaż nie ma nic za darmo. - wyszczerzył zęby
- Zrobię co zechcesz tylko błagam uratuj ją - poprosiła.
- W takim razie musisz się odsunąć, ponieważ taki proces trochę potrwa.
Dziewczyna z wielkim bólem odeszła od Nocnej Łowczyni i usiadła pod drzewem.
***
Susan momentalnie odwróciła głowę do tyłu. Stał za nią jakiś facet najprawdopodobniej w podeszłym wieku, ponieważ nie mogła zobaczyć jego twarzy, którą skrywał za maską.
- K-kim pan jest? - zapytała przerażona cofając się do tyłu.
- Chyba ja powinienem zadać ci to pytanie ślicznotko - mruknął - Jesteś obecnie na moim terenie, więc mogę zrobić z tobą co zechcę.
Irytacja zagościła w jakimś zakamarku jej mózgu. Co on sobie do cholery wyobraża? Jest Nefilim, ma broń i może walczyć, a jakiś chory psychol nie będzie wygadywał takich bzdur! Niestety towarzysz przewidział jej reakcje.
- Cóż zapewne teraz zastanawiasz się, co ja taki zwykły człowiek mogę ci zrobić, kiedy ty jesteś sobie zacnym Nefilim, urodzonym z anielskiej krwi! - jego głos przepełniała złość i irytacja. - Opowiem ci coś, już od dawnych lat wiedziałem, iż ze mną nie jest wszystko w porządku...
- Akurat z tym się zgodzę - przerwała mu Sus.
- Ucisz się niewdzięcznico! Nie skończyłem. - warknął - Tak więc, kiedy byłem młodszy okazało się, że dostałem pewien dar, a mianowicie Wzrok. Inni tego nie doceniali, śmiali się ze mnie, mówili, że jestem dziwakiem i mam przywidzenia. Natomiast ja miałem pewność, iż widzę rzeczy, jakie reszta nie potrafi dostrzec. Pewnego dnia moje przypuszczenia okazały się prawdą. Ujrzałem pewnego Nocnego Łowce walczącego z demonem, on również mnie zobaczył. Zabił szybko demona i zwrócił się do mnie. Chciał żebym był jego pomocnikiem, a ja ucieszony jak głupi zgodziłem się. Miałem głęboką nadzieję, że mój dar jest wyjątkowy, że ja jestem wyjątkowy, lecz to co stało się później nie mogło być gorsze. "Pomoc" miała polegać na służbie, a nie na zabijaniu potworów czy innych emocjonujących sprawach. Najpierw się tym znudziłem, a potem wkurzyłem. Doszedłem do wniosku, iż nie chce być jakimś popychadłem, chcę zostać kimś większym i ważniejszym, aczkolwiek mojemu "panu" niekoniecznie spodobał się ten pomysł. Mówił mi o tym jaki jestem niewdzięczny i ile dla mnie zrobił oraz poświęcił. Nie miał najmniejszego zamiaru wypuszczać mnie ze swojej posesji, mało tego zdenerwował się tak mocno, aż postanowił zamknąć mnie w lochach. Po prostu mu odbiło. Przez 5 lat żyłem o chlebie i wodzie, nie widząc światła, mając za przyjaciela tylko ciemność. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale któregoś dnia ktoś zapomniał zamknąć moją celę. Zemściłem się na Nefilim, mordując jego bliskich i każąc mu oglądać jak umierają, a na samym końcu zabiłem jego. W tej chwili nienawidzę każdego Nocnego Łowcy, czy magicznego stworzenia. Jeszcze nikt nie wyszedł stąd żywy.
Zdegustowana Susan może nawet by mu trochę współczuła, jednak w tej chwili czuła tylko obrzydzenie. Sięgnęła dłońmi do tyłu, ale nie znalazła swoich broni.
- Myślałaś, że jestem na tyle głupi, aby najpierw cię nie unieszkodliwić? Doprawdy zabawne - ruszył w jej stronę.
_________________________________
Postanowiłam jednak podzielić historie na 3 grupy bohaterów :3
poniedziałek, 28 września 2015
Rozdział 5
5.
Peron 4b dziewczyny obejrzały ze wszystkich stron i nie znalazły absolutnie nic podejrzanego. Zmęczone poszukiwaniami usiadły na podłodze ziewając przy tym.
- Ale beznadzieja - mruknęła Marry - Aż wieje nudą.
- Myślę, że powinnyśmy się zbierać - dodała Dominique.
- Jestem za - uśmiechnęła się Sophie - A nawet przeciw.
Zgodne wstały z podłoża z zamiarem odejścia, wtem usłyszały groźny głos.
- NIE POZWOLĘ WAM!
Momentalnie odwróciły głowy w kierunku dochodzącego dźwięku. Okazało się, że po biednym piesku nie zostało nawet śladu, za to w jego miejsce pojawił się olbrzymi demon. Miał długie czarne, nietoperze skrzydła, krwistoczerwone oczy oraz łuskowatą skórę.
- Od początku wiedziałam, że z tym zwierzakiem jest coś nie tak! - krzyknęła Marry wyciągając przy tym bicz.
- Wyglądał na takiego niewinnego - żaliła się Sophie również wyjmując broń.
Stał teraz uśmiechnięty od ucha do ucha ze swojego nieco "niecnego" planu, który szczerze mówiąc był co najmniej głupi, przynajmniej dla Nocznych Łowczyń gotowych już do bitwy. Nigdy w życiu na oczy nie widziały jeszcze tak strasznego i olbrzymiego potwora jak on. Demon nie tracił czasu na pogaduszki, czy zbędne komentarze i od razu przeszedł do rzeczy miotając swymi skrzydłami zakończonymi kolcami ostrymi niczym kły bazyliszka.
Nagle Dominique wpadła stela z kieszeni, więc schyliła się aby ją podnieść. Tym samym odwracając się plecami do wroga, jednak to nie wyszło jej na dobre, ponieważ złamała świętą zasadę, obowiązującą podczas walki
- Dominique, uważaj! - wrzasnęła przestraszona Marry, jednak było już za późno.
Stalowy kolec demona ugrzązł w delikatnym ramieniu dziewczyny, nadal tam pozostając, gdy stworzenie szarpnęło z całej siły. Lecz dla niego to mała drobnostka , ponieważ na miejsce starego natychmiast wyrósł następny, jeszcze bardziej lśniący. Szatynka nie wydała z siebie nawet najcichszego głosu, chociaż w jej oczach wyraźnie dało się ujrzeć ból. Podparła ciało na drugiej dłoni, żeby nie upaść.
Coś huknęło. Wściekła do granic wytrzymałości Sophie rzuciła najbliższą jej rzecz w kierunku demona. Wiedziała, że to nic nie da, wydawał się być niepokonany, a wszelkie ich próby okazywały się daremne. Cała od stóp do głów była spocona. W ręce trzymała seraficki miecz, choć miała pewność, iż nawet on sobie nie poradzi. Czuła się winna. To ona opatrzyła "biednego psa. Zawsze miała tą słabość do zwierząt i absolutnie nic nie mogła na to poradzić. Istota spojrzała na nią wzrokiem pełnym rozbawienia, zmierzając w stronę nastolatki.
- Witam, moja droga wybawczyni - powiedział.
- Gdybym wiedziała, dawno byś nie żył - wysyczała, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na rękojeści.
- Popatrz - wskazał łapskiem na Dominique i usilnie próbującą jej pomóc Marry - Biedna niedługo się wykończy, a ta druga raczej wiele nie zdziała. Chciałem cię właśnie zabić, ale w nagrodę za opiekę nade mną przyznam ci miano ostatniej.
Sophie zawirowało w głowie. To nieprawdopodobne, to nie może być koniec. Chciała coś zrobić, podbiec do niego, wbić ostrze w jego plecy... , jednak jej nogi nie wykonały żadnego ruchu,
- Marry! Dominique! Sophie! - wydyszała Olga.
Demon znajdował się w połowie drogi, gdy również, tak jak Soph usłyszał dochodzące z niedaleka głosy. Wyraz jego twarzyczki momentalnie uległ zmianie. Widocznie nie był przygotowany na taki rozwój zdarzeń.
- Jeszcze się zobaczymy - ryknął, po czym zniknął.
- Wyglądał na takiego niewinnego - żaliła się Sophie również wyjmując broń.
Stał teraz uśmiechnięty od ucha do ucha ze swojego nieco "niecnego" planu, który szczerze mówiąc był co najmniej głupi, przynajmniej dla Nocznych Łowczyń gotowych już do bitwy. Nigdy w życiu na oczy nie widziały jeszcze tak strasznego i olbrzymiego potwora jak on. Demon nie tracił czasu na pogaduszki, czy zbędne komentarze i od razu przeszedł do rzeczy miotając swymi skrzydłami zakończonymi kolcami ostrymi niczym kły bazyliszka.
Nagle Dominique wpadła stela z kieszeni, więc schyliła się aby ją podnieść. Tym samym odwracając się plecami do wroga, jednak to nie wyszło jej na dobre, ponieważ złamała świętą zasadę, obowiązującą podczas walki
- Dominique, uważaj! - wrzasnęła przestraszona Marry, jednak było już za późno.
Stalowy kolec demona ugrzązł w delikatnym ramieniu dziewczyny, nadal tam pozostając, gdy stworzenie szarpnęło z całej siły. Lecz dla niego to mała drobnostka , ponieważ na miejsce starego natychmiast wyrósł następny, jeszcze bardziej lśniący. Szatynka nie wydała z siebie nawet najcichszego głosu, chociaż w jej oczach wyraźnie dało się ujrzeć ból. Podparła ciało na drugiej dłoni, żeby nie upaść.
Coś huknęło. Wściekła do granic wytrzymałości Sophie rzuciła najbliższą jej rzecz w kierunku demona. Wiedziała, że to nic nie da, wydawał się być niepokonany, a wszelkie ich próby okazywały się daremne. Cała od stóp do głów była spocona. W ręce trzymała seraficki miecz, choć miała pewność, iż nawet on sobie nie poradzi. Czuła się winna. To ona opatrzyła "biednego psa. Zawsze miała tą słabość do zwierząt i absolutnie nic nie mogła na to poradzić. Istota spojrzała na nią wzrokiem pełnym rozbawienia, zmierzając w stronę nastolatki.
- Witam, moja droga wybawczyni - powiedział.
- Gdybym wiedziała, dawno byś nie żył - wysyczała, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na rękojeści.
- Popatrz - wskazał łapskiem na Dominique i usilnie próbującą jej pomóc Marry - Biedna niedługo się wykończy, a ta druga raczej wiele nie zdziała. Chciałem cię właśnie zabić, ale w nagrodę za opiekę nade mną przyznam ci miano ostatniej.
Sophie zawirowało w głowie. To nieprawdopodobne, to nie może być koniec. Chciała coś zrobić, podbiec do niego, wbić ostrze w jego plecy... , jednak jej nogi nie wykonały żadnego ruchu,
- Marry! Dominique! Sophie! - wydyszała Olga.
Demon znajdował się w połowie drogi, gdy również, tak jak Soph usłyszał dochodzące z niedaleka głosy. Wyraz jego twarzyczki momentalnie uległ zmianie. Widocznie nie był przygotowany na taki rozwój zdarzeń.
- Jeszcze się zobaczymy - ryknął, po czym zniknął.
***
- Dziewczyny wszystko w porządku? - zapytała Susanne w progu.
Rozglądając się dookoła spostrzegła, że nic nie jest w porządku. Każda z Nocznych Łowczyń odniosła jakieś rany.Krwawiąca Dominique teraz leżała na kolanach przerażonej Marry, która kreśliła jej iratze i głaskała po głowie, chociaż samej krew leciała z czoła. Ale nie dbała teraz o to. Trochę dalej zrozpaczona Sophie klęczała trzymając ręce na głowie i kołysząc się to w jedną, to w drugą stronę, zamiast wykorzystać runę, która usunęłaby rany na jej policzkach oraz brzuchu. Annie i Sus podeszły do niej pytając co się stało, a chłopaki z Victorią zajęli się pozostałą dwójką.
Wszyscy nawzajem sobie pomagając wrócili do Instytutu. Dominique zanieśli do szpitala, gdzie dostała odpowiednie leki. Pielęgniarka zalecała to samo Sophie, ale ta nie chciała nawet o tym słyszeć.
***
Victoria usiadła obok Annie, która siedziała na huśtawce na balkonie patrząc w powietrze.
- Wciąż nie mogę uwierzyć w to co się stało.
Annie popatrzyła na nią smutnym wzrokiem.
- Wiem, to trochę przygnębiające. Zważając na to, że demon ma zamiar wrócić, a ich słowa zawsze się sprawdzają.
- Żałuję, że mnie tam nie było i nie mogłam im pomóc - mruknęła Vicki.
- Nie tylko ty - dodała Ann - ale nie możemy w ten sposób myśleć. Co się stało to się nie odstanie i dobrze o tym wiesz. Mam tylko nadzieję, że Dominique z tego wyjdzie.
- Jestem pewna, iż zajmą się nią tutaj najlepiej jak potrafią - kąciki ust Victorii podeszły do góry, a ona zanurzyła dłonie głębiej w kieszeniach bluzy.
Dalej siedziały w ciszy rozmyślając o dzisiejszej nocy.
***
Susanne i Olga rozmawiały w drodze do sypialni, choć żadna z nich nie miała najmniejszej ochoty na sen.
- Druga grupa wróciła już z tej nawiedzonej chatki? - zapytała Sus.
- Jeszcze nie, trochę im to schodzi, podobno wysłali Noela, żeby zbadał czy wszytko okej - powiedziała z rezygnacją - Wyjechał godzinę temu i jeszcze nie wrócił, coś musi być na rzeczy.
- Dzisiaj była naprawdę pechowa noc, oby im dopisała choć odrobina szczęścia - jęknęła wspinając się na kolejny stopień.
- Czy mój pokój musi znajdować się tak wysoko? - zapytała Olga udając zasmucenie.
- Druga grupa wróciła już z tej nawiedzonej chatki? - zapytała Sus.
- Jeszcze nie, trochę im to schodzi, podobno wysłali Noela, żeby zbadał czy wszytko okej - powiedziała z rezygnacją - Wyjechał godzinę temu i jeszcze nie wrócił, coś musi być na rzeczy.
- Dzisiaj była naprawdę pechowa noc, oby im dopisała choć odrobina szczęścia - jęknęła wspinając się na kolejny stopień.
- Czy mój pokój musi znajdować się tak wysoko? - zapytała Olga udając zasmucenie.
poniedziałek, 21 września 2015
Rozdział 4
4.
Nadal stała oniemiała twarzą w twarz z wrogiem. Teraz mogła go lepiej dostrzec. Wyłupiaste czarne oczy przyprawiały o dreszcze, a z białych, ostrych kłów ciekła ślina. W każdej chwili był gotów zaatakować. Dominika oczywiście została przygotowana na takie ewentualności, jednak nie miała pojęcia, że zostanie z tym sama, kiedy wraz z Agathą miała tylko pilnować wejścia. Z jednej strony martwiła się o kuzynkę, a z drugiej powinna martwić się o siebie.
- Nie ma takiej potrzeby - skarciła się za taką myśl.
Pospiesznie zdjęła z siebie kuszę, cały czas lustrując wzrokiem demona, który krążył wokół niej. Teraz dookoła panowała cisza oraz mrok, tylko wiatr szumiał w uszach. Drzewa przypominały wysokie postacie z gałęzistymi dłoniami, sam widok nie jedną osobę by przeraził, lecz nie ją.
- No dalej! Na co czekasz? - zapytała lekko zniecierpliwiona.
Jak na zawołanie zezłoszczony potwór, zaczął biec w jej kierunku. Chwyciła za broń i strzelała do celu. Jedną strzałą trafiła w oko, a następną w nogę, ale to wcale nie wytrąciło go z równowagi, wręcz przeciwnie, jego zapał się zwiększył. Nastolatka rzuciła kuszę na ziemię i tym razem wyjęła seraficki miecz. Nawet nie zauważyła, gdy stwór rzucił się na nią, uchyliła się lekko w bok, ale pazury zostawiły głęboki ślad w jej ramieniu. Syknęła i odruchowo złapała się za to miejsce.
- Ty cholerny draniu! Gorzko tego pożałujesz - warknęła.
Ogarnęła ją fala złości, przez co miała jeszcze więcej siły. Zamachnęła z ogromną mocą mieczem i przecięła zwierzynie nogę. Ta ze śliną sterczącą z pyska zagryzła swe szczęki na nodze Dominiki.
Dziewczyna wydała z siebie krzyk bólu. W wydzielinie z jego ust była trucizna, która powoli wtaczała się do organizmu. Ostatkami sił, podniosła broń do góry i z wielkim wysiłkiem spuściła ja na kark demona, tym samym odcinając mu głowę. Potem nastała tylko ciemność.
***
Agatha patrzyła na towarzysza siedzącego na drzewie, który przyglądał jej się z zaciekawieniem. Jednak to on przerwał narastającą ciszę.
- Dlaczego mnie goniłaś, Nefilim? - głos miał opanowany.
Teraz w świetle księżyca mogła dostrzec jego lekko zarysowane mięśnie twarzy. Niebieskie oczy jarzyły się niczym u kota, a ciemne włosy opadały na czoło. Dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to czarodziej.
- Dlaczego śledziłeś mnie i moją koleżankę? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, zła na siebie, iż w ogóle postanowiła za nim iść,
Mężczyzna zszedł z gracją na gałąź niżej, dziwacznie gestykulując rękami i rzekł:
- Cóż tak naprawdę wcale was nie śledziłem, tylko jedynie obserwowałem rozwój zdarzeń - na twarz wpełzł mu cwaniacki uśmieszek.
Agatha wywróciła oczami.
- To jedno i to samo.
- Mógłbym się upierać, że nie, ale skoro wolisz to tak nazywać to...
- Och, przestań już - wtrąciła się nie mogąc dłużej słuchać całego tego filozofowania.
Czarodziej tym razem zeskoczył z drzewa i podszedł do Nocnej Łowczyni. Obejrzał ją dokładnie z każdej strony. Miała piękne, długie, rude włosy oraz oczy w kolorze głębokiej zieleni. Dzięki czarnemu strojowi, w mroku niezbyt można było ją dostrzec. Po chwili wahania powiedział:
- Zapewne córka Damona Herondale, zgadłem?
Agatha otwarła usta ze zdziwienia.
- Sk-skąd o tym wiesz?
W tej chwili odpowiedzi nie otrzymała, ponieważ powietrze przeszył straszliwy krzyk. Należał do Dominiki. Prędko rzuciła się w tamtym kierunku, a towarzysz ruszył za nią.
***
W tym samym czasie, na strychu w opuszczonym budynku panował nie mały bałagan. Hannah i Madeline próbowały uporać się z okropnym demonem zanieczyszczającym właśnie to pomieszczenie. Całe zadanie byłoby banalne, gdyby stwór nie pluł substancją parzącą skórę.
- Maddie ty zajdź go od tyłu - szepnęła na ucho nastolatce - ja będę z przodu.
Ale Madeline ledwie co trzymała miecz w dłoni, ponieważ cała jej prawa ręka została obrośnięta małymi bąblami. Kiwnęła tylko głową, a kiedy koleżanka odwracała jego uwagę, zawzięcie ciachając demona w brzuch, ona umknęła na tył.
- Zaraz z tobą skończymy, raz na zawsze - powiedziała do siebie przygotowując się do ataku.
W momencie, w którym stwór postanowił zaatakować swoją wydzieliną nogi Hanny, Madeline rzuciła się do biegu i wbiła miecz w miejsce, gdzie tak naprawdę powinno znajdować się serce. Minęło parę sekund, kiedy po demonie został tylko popiół.
- Ostro, siostro! - zawołały do siebie nawzajem.
Następnie wyjęły stele i nawzajem nakreślały sobie runy lecznicze. Zanim preparat zniknie spod skóry mijało kilka godzin, tak więc ręka Maddie została opatrzona tak samo jak obie nogi Hann.
- Szczerze powiedziawszy nie poszło nam tak źle - uśmiechnęła się jedna z nich.
- Lepiej wracajmy na zewnątrz, założę się, że wszyscy już tam na nas czekają.
Wszelako bardziej mylić się nie mogła. Na początku lekko kulejąc zeszły piętro niżej i poczęły wołać przewodnika grupy, ale nikt się nie odezwał, także myślały, iż przebywa teraz na dworze. Po kilku chwilach udręki wreszcie dotarły do celu. Rozejrzały się wokoło, lecz tutaj panowała jedynie pustka. Nocna Łowczyni podtrzymująca Hann kazała jej usiąść na trawie, a moment później sama zrobiła to samo.
- Byłam pewna, że reszta będzie już na miejscu - powiedziała trochę zszokowana.
- Może nastąpił niespodziewany rozwój wypadków? - Hannah poruszyła sugestywnie brwiami.
- Ale z ciebie debil - zaśmiała się kuzynka.
Parę minut rozmawiały dosłownie o niczym, aż w końcu Madeline zapytała :
- Widzisz to? - wskazała palcem na okno do którego zostało doczepione coś białego.
- Co to takiego? - nastolatka również dostrzegła niewyraźny kształt.
Maddie wstała i poszła w tamtą stronę.
- Wydaje mi się, że to jakiś list. Ale wcześniej go tu nie było.
Miały niejasne wrażenie, iż do niczego dobrego to nie doprowadzi.
***
Sus szła podziemnymi korytarzami starego domu. Na glinianych ścianach pełno było rysunków i napisów zapisanych dokładnie krwią. Poczuła głęboką potrzebę zwymiotowania, aczkolwiek próbowała się powstrzymać. O dziwo pochodnie przyczepione z boku świeciły, co wydawało się nieco podejrzane. Z pomieszczenia na końcu korytarza również dobiegało jakieś światło, tak więc obrała tamten kurs.
- Strasznie tu zimno - zadrżała i otuliła mocniej swoją szyję szalem. - Julie miała rację, żeby niczego nie dotykać.
Nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy wreszcie dotarła do ogromnego pokoju.
Lokum nawet w najmniejszym stopniu nie było przytulne, wręcz przeciwnie. Wiało tu grozą i czarną magią. Znajdowało się tutaj bardzo wiele szafek ze słoikami. To one stanowiły główną część pomieszczenia. Z niesmakiem stwierdziła, iż w środku są jakieś wnętrzności. Susan zrobiło się niedobrze i to nie na żarty. Pośrodku ustawiony był ogromny stół a obok stojak na przeróżne noże, nie zapominając o tym, iż dookoła rozlana była krew.
- Coś mi tu nie pasuje - szepnęła.
Jej wzrok padł na jedną ze ścian, gdzie ujrzała głowę. Powieszoną głowę, z której kapała gęsta, czerwona ciecz. Głowę, należącą (prawdopodobnie) do Nefilim. Miała ochotę krzyczeć, wykrzesać z siebie całą złość, rozpacz i szok. Ale jej wysiłki poszły na marne, a z dziewczyny nie wydobył się żaden dźwięk.
- Witaj, mała - usłyszała przeraźliwy, psychopatyczny głos za plecami.
***
Kilka chwil przed tym, gdy Hannah i Madeline jeszcze nie zeszły na dół.
- O co chodzi? - zapytała Claudia - I gdzie jest Sus?
-O-ona, półka, k-książki, zniknęła - potok słów wydobył się z ust Julie.
- Powiedz to powoli i spróbuj się uspokoić - utrzymała powagę sytuacji.
Julie opowiedziała o wszystkim Claudii, a ta złapała się za głowę. Przez dokładnie dziesięć minut szukały razem jakiegoś ukrytego przejścia lub cokolwiek w tym stylu, jednakowoż nic nie znalazły.
Zrezygnowane ustaliły, że wrócą na zewnątrz i tam ustalą dalsze wskazówki co do poszukiwania Sus.
Idąc schodami w górę rozmawiały chwilę, jak pod napięciem.
- Rozumiesz, nie możemy nikomu powiedzieć o tym, że Sus tak po prostu zniknęła, ok? - oznajmiła Julie.
- Myślę, że chyba przyda nam się pomoc ze strony innych, tym bardziej, iż nie mamy bladego pojęcia gdzie się podziewa.
- Same musimy się z tym uporać. To nasza działka, inni mają swoje problem.
- Dobra, zobaczę co da się zrobić.
Wyszły na dwór, gdzie nie było widać żywej duszy.
***
Agatha patrzyła na towarzysza siedzącego na drzewie, który przyglądał jej się z zaciekawieniem. Jednak to on przerwał narastającą ciszę.
- Dlaczego mnie goniłaś, Nefilim? - głos miał opanowany.
Teraz w świetle księżyca mogła dostrzec jego lekko zarysowane mięśnie twarzy. Niebieskie oczy jarzyły się niczym u kota, a ciemne włosy opadały na czoło. Dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to czarodziej.
- Dlaczego śledziłeś mnie i moją koleżankę? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, zła na siebie, iż w ogóle postanowiła za nim iść,
Mężczyzna zszedł z gracją na gałąź niżej, dziwacznie gestykulując rękami i rzekł:
- Cóż tak naprawdę wcale was nie śledziłem, tylko jedynie obserwowałem rozwój zdarzeń - na twarz wpełzł mu cwaniacki uśmieszek.
Agatha wywróciła oczami.
- To jedno i to samo.
- Mógłbym się upierać, że nie, ale skoro wolisz to tak nazywać to...
- Och, przestań już - wtrąciła się nie mogąc dłużej słuchać całego tego filozofowania.
Czarodziej tym razem zeskoczył z drzewa i podszedł do Nocnej Łowczyni. Obejrzał ją dokładnie z każdej strony. Miała piękne, długie, rude włosy oraz oczy w kolorze głębokiej zieleni. Dzięki czarnemu strojowi, w mroku niezbyt można było ją dostrzec. Po chwili wahania powiedział:
- Zapewne córka Damona Herondale, zgadłem?
Agatha otwarła usta ze zdziwienia.
- Sk-skąd o tym wiesz?
W tej chwili odpowiedzi nie otrzymała, ponieważ powietrze przeszył straszliwy krzyk. Należał do Dominiki. Prędko rzuciła się w tamtym kierunku, a towarzysz ruszył za nią.
***
W tym samym czasie, na strychu w opuszczonym budynku panował nie mały bałagan. Hannah i Madeline próbowały uporać się z okropnym demonem zanieczyszczającym właśnie to pomieszczenie. Całe zadanie byłoby banalne, gdyby stwór nie pluł substancją parzącą skórę.
- Maddie ty zajdź go od tyłu - szepnęła na ucho nastolatce - ja będę z przodu.
Ale Madeline ledwie co trzymała miecz w dłoni, ponieważ cała jej prawa ręka została obrośnięta małymi bąblami. Kiwnęła tylko głową, a kiedy koleżanka odwracała jego uwagę, zawzięcie ciachając demona w brzuch, ona umknęła na tył.
- Zaraz z tobą skończymy, raz na zawsze - powiedziała do siebie przygotowując się do ataku.
W momencie, w którym stwór postanowił zaatakować swoją wydzieliną nogi Hanny, Madeline rzuciła się do biegu i wbiła miecz w miejsce, gdzie tak naprawdę powinno znajdować się serce. Minęło parę sekund, kiedy po demonie został tylko popiół.
- Ostro, siostro! - zawołały do siebie nawzajem.
Następnie wyjęły stele i nawzajem nakreślały sobie runy lecznicze. Zanim preparat zniknie spod skóry mijało kilka godzin, tak więc ręka Maddie została opatrzona tak samo jak obie nogi Hann.
- Szczerze powiedziawszy nie poszło nam tak źle - uśmiechnęła się jedna z nich.
- Lepiej wracajmy na zewnątrz, założę się, że wszyscy już tam na nas czekają.
Wszelako bardziej mylić się nie mogła. Na początku lekko kulejąc zeszły piętro niżej i poczęły wołać przewodnika grupy, ale nikt się nie odezwał, także myślały, iż przebywa teraz na dworze. Po kilku chwilach udręki wreszcie dotarły do celu. Rozejrzały się wokoło, lecz tutaj panowała jedynie pustka. Nocna Łowczyni podtrzymująca Hann kazała jej usiąść na trawie, a moment później sama zrobiła to samo.
- Byłam pewna, że reszta będzie już na miejscu - powiedziała trochę zszokowana.
- Może nastąpił niespodziewany rozwój wypadków? - Hannah poruszyła sugestywnie brwiami.
- Ale z ciebie debil - zaśmiała się kuzynka.
Parę minut rozmawiały dosłownie o niczym, aż w końcu Madeline zapytała :
- Widzisz to? - wskazała palcem na okno do którego zostało doczepione coś białego.
- Co to takiego? - nastolatka również dostrzegła niewyraźny kształt.
Maddie wstała i poszła w tamtą stronę.
- Wydaje mi się, że to jakiś list. Ale wcześniej go tu nie było.
Miały niejasne wrażenie, iż do niczego dobrego to nie doprowadzi.
***
Sus szła podziemnymi korytarzami starego domu. Na glinianych ścianach pełno było rysunków i napisów zapisanych dokładnie krwią. Poczuła głęboką potrzebę zwymiotowania, aczkolwiek próbowała się powstrzymać. O dziwo pochodnie przyczepione z boku świeciły, co wydawało się nieco podejrzane. Z pomieszczenia na końcu korytarza również dobiegało jakieś światło, tak więc obrała tamten kurs.
- Strasznie tu zimno - zadrżała i otuliła mocniej swoją szyję szalem. - Julie miała rację, żeby niczego nie dotykać.
Nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy wreszcie dotarła do ogromnego pokoju.
Lokum nawet w najmniejszym stopniu nie było przytulne, wręcz przeciwnie. Wiało tu grozą i czarną magią. Znajdowało się tutaj bardzo wiele szafek ze słoikami. To one stanowiły główną część pomieszczenia. Z niesmakiem stwierdziła, iż w środku są jakieś wnętrzności. Susan zrobiło się niedobrze i to nie na żarty. Pośrodku ustawiony był ogromny stół a obok stojak na przeróżne noże, nie zapominając o tym, iż dookoła rozlana była krew.
- Coś mi tu nie pasuje - szepnęła.
Jej wzrok padł na jedną ze ścian, gdzie ujrzała głowę. Powieszoną głowę, z której kapała gęsta, czerwona ciecz. Głowę, należącą (prawdopodobnie) do Nefilim. Miała ochotę krzyczeć, wykrzesać z siebie całą złość, rozpacz i szok. Ale jej wysiłki poszły na marne, a z dziewczyny nie wydobył się żaden dźwięk.
- Witaj, mała - usłyszała przeraźliwy, psychopatyczny głos za plecami.
***
Kilka chwil przed tym, gdy Hannah i Madeline jeszcze nie zeszły na dół.
- O co chodzi? - zapytała Claudia - I gdzie jest Sus?
-O-ona, półka, k-książki, zniknęła - potok słów wydobył się z ust Julie.
- Powiedz to powoli i spróbuj się uspokoić - utrzymała powagę sytuacji.
Julie opowiedziała o wszystkim Claudii, a ta złapała się za głowę. Przez dokładnie dziesięć minut szukały razem jakiegoś ukrytego przejścia lub cokolwiek w tym stylu, jednakowoż nic nie znalazły.
Zrezygnowane ustaliły, że wrócą na zewnątrz i tam ustalą dalsze wskazówki co do poszukiwania Sus.
Idąc schodami w górę rozmawiały chwilę, jak pod napięciem.
- Rozumiesz, nie możemy nikomu powiedzieć o tym, że Sus tak po prostu zniknęła, ok? - oznajmiła Julie.
- Myślę, że chyba przyda nam się pomoc ze strony innych, tym bardziej, iż nie mamy bladego pojęcia gdzie się podziewa.
- Same musimy się z tym uporać. To nasza działka, inni mają swoje problem.
- Dobra, zobaczę co da się zrobić.
Wyszły na dwór, gdzie nie było widać żywej duszy.
niedziela, 13 września 2015
Rozdział 3
3.
Cody Blackworth był dumny z posiadania szkockiego instytutu, w którym gościło tak wielu Nocnych Łowców, chociażby dlatego, iż żaden nie marnował tu swojego czasu. W tej części kraju o dziwo coraz częściej roiło się od nieprzyjaznych stworze. Enklawe zbywało to jednak tylko machnięciem ręki i przysyłało coraz więcej Nefilim, jednak trzydziestoletni Cody wiedział, że coś jest na rzeczy, a Enklawe nie mówi mu o wszystkim, nie był na tyle głupi, aby się nie domyślić. Chodził w swoim gabinecie to w jedną stronę to w drugą. Mężczyzna nie należał do najwyższych, miał około metr sześćdziesiąt osiem, posiadał śniadą cerę, ciemne włosy i piwne oczy. Trzy lata temu zmarła jego żona, za którą niezmiernie tęsknił. Oddała swoje życie w obronie jednego z Nocnych Łowców, kiedy to demon chciał go ugodzić. Była naprawdę odważna i dzielna. Czasami w nocy Blackworth poprzysiągłszy zemsty wybierał się na kilku godzinne wędrówki w poszukiwaniu demona.
***
Łazienka dla dziewczyn na trzecim piętrze zachwycała bogatym wyposażeniem. Można tu było dostać wszystko, czego tylko się zachciało. Dlatego też Victoria postspędzić sobotni wieczór relaksując się. Główną barwą, jaka panowała w pomieszczeniu stanowił turkusowy, a wchodząc tutaj miało się uczucie jak-gdyby stało się przed samym oceanem. Wewnątrz pachniało morską bryzą oraz bursztynami. Po środku stała jacuzzi, w której zmieściłoby się nawet 10 osób a nieopodal postawiono trochę mniejszą wannę.Na poboczu można zauważyć saunę choć niewiele osób z niej korzystało. Umywalki wraz z lusterkami znajdowały się po prawej stronie od drzwi, natomiast po lewej umieszczono szafkę dla każdej dziewczyny mieszkającej w instytucie oraz kilka innych dla gości.Naprzeciwko wejścia była ściana cała oszklona lustrem. Gdzieniegdzie zostały porozstawiane półki z wszelkimi olejkami, kremami, żelami, mydłami, solami wodnymi, odżywkami, lakierami i reszcie tego typu rzeczy. Nastolatka podeszła do swojej szafki z czarnym wygenerowanym napisem Dominique Herondale. Otworzyła ją prostym szyfrem włożyła do niej stele oraz ubrania, a włożyła ręczniki. Ubrała na siebie swój ulubiony strój kąpielowy i weszła do wanny zapełnionej już wodą z pianą i bąbelkami. Z wewnątrz wydobywał się zapach lawendy. Po 40 minutowej kąpieli osuszyła się i podążyła do szafki w celu przebrania się. Iskierka przerażenia wdarła się do jej żółtych tęczówek, gdy spostrzegła krótki liścik przyczepiony do drzwiczek. Rozejrzała sie dookoła, ale nikogo tu nie było, ujęła kartkę w dłoń i przeczytała:
- Wszyscy kłamią i wszyscy mają tajemnice, a ja znam każdy sekret. - ciarki przeszły jej po plecach - Miej oczy szeroko otwarte. xPx.
***
Opuszczona Fabryka Mebli przy Wolf Street świeciła pustkami. Praktycznie wszystkie, jakiekolwiek wejścia zostały zakneblowane przez przybite deski. Jedynym dostępem do środka okazało się okno, gdzie ktoś wyłamał drewno. Dwie osoby zrobiły siodełko ze splecionych dłoni i pomagało reszcie wejść przez otwór, aż w końcu sami wskoczyli do wnętrza. Jak to zazwyczaj miało u nich miejsce rozdzielili się. Sophie, Marry i Dominique poszli na lewo, Olga, Victoria, Susanne na prawo a Annie, Leon i Jeremi prosto.
Pierwsze trzy Nocne Łowczynie akurat trafiły na dział z kanapami.
- Ktoś chyba urządzał tu sobie niezłe imprezy - rzuciła Dominique patrząc na porozrzucane dookoła puszki po piwach oraz puste paczki po czipsach.
- I oczywiście nie miał zamiaru tego syfu po sobie sprzątnąć - dokończyła Sophie.
Po chwili zabrzmiał dziwny dźwięk.
- Słyszałyście? - zapytała Marry.
Nastolatki pokręciły głowami. Ten sam hałas dobiegł ponownie do uszu Marry, tym razem i Sophie z Dominique go usłyszały.
- Dochodzi zza tej dużej czerwonej kanapy - powiedziała wyjmując seraficki nóż.
Szła przodem, a dziewczyny podążały za nią. Po kilku chwilach napięcia trafiła do celu, wyskakując z bronią do boju. Wielkie było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że to tylko pies z okaleczoną nogą, który skomlał i nie mógł chodzić. Z jednej łapki wystawał mu kawałek szkła.
- Biedne stworzenie, to pewnie przez te dzieciaki, co tu imprezowali, nawet nie zwrócili na niego uwagi - obruszyła się Sophie. - Zabandażuje mu ranę.
Mówiąc to wyjęła z plecaka apteczkę i zaczęła opatrywać zwierzaka.
- Lepiej bądź ostrożna - prychnęła Marry. - Ten głupi kundel mógł tu po prostu nie wchodzić.
- Marry, to tylko pies - mruknęła Dominique rozglądając się na boki.
- Po prostu chodźmy dalej.
Gdy Sophie skończyła, wstała i powędrowała za koleżankami, a zwierzak o dziwo podążył za nią lekko kulejąc.
- Hej! Zaczekajcie - zawołała, ponieważ sporo ją wyprzedziły.
Doszły do następnego przedziału oznakowanego 4b znajdowały się tutaj praktycznie same wielgachne maszyny nie licząc kilkoro pudeł leżących pod nimi. Sprzęty nie były używane od lat, więc stały zakurzone prosząc się o ratunek.
- Robi wrażenie - Dominique otworzyła szeroko oczy. Wiedziała, że fabryka została zamknięta ponieważ zbankrutowała, ale nie spodziewała się tylu przedmiotów tutaj.
***
Olga, Victoria oraz Susanne trafiły na peron 6 z stołami i szafami. Od początku dało się wyczuć w tym miejscu demoniczną aurę, a istota ta wcale nie miała zamiaru się ukrywać. Z potężnej szafy po lewej stronie od wejścia wyskoczył demon, jednak nie w swej prawdziwej postaci. Udawał człowieka, mianowicie wysokiego, szczupłego, nawet przystojnego blondyna. I choć dziewczyny przygotowały się na wszystko, myślały, iż demon będzie chciał bawić się w chowanego.
- Uważajcie! - krzyknęła Vicki powalając koleżanki na ziemie, powodując, że sama dostała obrażeniem w udo.
Olga i Susanne wstały natychmiast, walcząc z potworem i dając czas kuzynce na regeneracje.
- Dałyście się zaskoczyć - wymruczał, a na jego ustach wykwitł złośliwy uśmiech - To chyba nie wróży zbyt dobrze o was, Nefilim.
- Stul pysk ty przebrzydła kreatuto!
- Oj nieładnie, niektórzy Nocni Łowcy nie są zbyt życzliwi, trzeba nauczyć ich kultury.
W tym momencie jego pazury zaczęły rosnąć, aż w końcowej fazie przemieniły się w sztylety. Na jego twarzy wyrosła satysfakcja. Celował w głowę Olgi, jednak chybił o cal, Susanne w tym czasie próbowała odciąć mu ramię, ale ten się uchylił.
- Lepiej przydaj się na coś przed śmiercią i wyznaj, skąd was tyle się teraz bierze w Aberdeen warknęła Sus walcząc toporem.
- Cóż mała Łowczynio, nie dajecie sobie z nami rady? Nas się nie pozbędziecie, wkrótce zawładniemy światem - jego śmiech był odrażający - A wtedy wasz los będzie marny, Nefilim...
Nie skończył, bo w danym momencie otworzył szeroko oczy i zamienił się w proch. Nastolatki kilka centymetrów dalej ujrzeli pełną energii Annie z rozczochranymi brązowymi włosami. Na rękojeści miecza widać było jej zaciśnięte dłonie.
- Nie mogłam już dłużej słuchać tych bzdur - uśmiechnęła się niewinnie odpowiadając na ich zdziwione miny.
Pierwsza zabrała głos Victoria.
- Jak tu trafiłaś? Przecież poszliście w innym kierunku.
- Wychodzi na to, że tutaj wszystkie drogi są połączone. Nasza grupa nie znalazła nic interesującego, a ja usłyszałam dochodzące stąd wrzaski, dlatego natychmiast przybiegłam.
- Chyba powinniśmy się zbierać skoro załatwiliśmy demona - powiedział Jeremi, który wraz z kolegą pojawił się u boku Annie.
Wszyscy zgodnie kiwnęli głowami.
- Zaraz chwila... a gdzie Sophie, Olga i Dominique? - zapytał Leon po chwili namysłu.
Reszta stała jak skamieniała. Miał rację. Jeśli nic by nie znalazły to już dawno powinny były się tu pojawić.
- Wszyscy kłamią i wszyscy mają tajemnice, a ja znam każdy sekret. - ciarki przeszły jej po plecach - Miej oczy szeroko otwarte. xPx.
***
Opuszczona Fabryka Mebli przy Wolf Street świeciła pustkami. Praktycznie wszystkie, jakiekolwiek wejścia zostały zakneblowane przez przybite deski. Jedynym dostępem do środka okazało się okno, gdzie ktoś wyłamał drewno. Dwie osoby zrobiły siodełko ze splecionych dłoni i pomagało reszcie wejść przez otwór, aż w końcu sami wskoczyli do wnętrza. Jak to zazwyczaj miało u nich miejsce rozdzielili się. Sophie, Marry i Dominique poszli na lewo, Olga, Victoria, Susanne na prawo a Annie, Leon i Jeremi prosto.
Pierwsze trzy Nocne Łowczynie akurat trafiły na dział z kanapami.
- Ktoś chyba urządzał tu sobie niezłe imprezy - rzuciła Dominique patrząc na porozrzucane dookoła puszki po piwach oraz puste paczki po czipsach.
- I oczywiście nie miał zamiaru tego syfu po sobie sprzątnąć - dokończyła Sophie.
Po chwili zabrzmiał dziwny dźwięk.
- Słyszałyście? - zapytała Marry.
Nastolatki pokręciły głowami. Ten sam hałas dobiegł ponownie do uszu Marry, tym razem i Sophie z Dominique go usłyszały.
- Dochodzi zza tej dużej czerwonej kanapy - powiedziała wyjmując seraficki nóż.
Szła przodem, a dziewczyny podążały za nią. Po kilku chwilach napięcia trafiła do celu, wyskakując z bronią do boju. Wielkie było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że to tylko pies z okaleczoną nogą, który skomlał i nie mógł chodzić. Z jednej łapki wystawał mu kawałek szkła.
- Biedne stworzenie, to pewnie przez te dzieciaki, co tu imprezowali, nawet nie zwrócili na niego uwagi - obruszyła się Sophie. - Zabandażuje mu ranę.
Mówiąc to wyjęła z plecaka apteczkę i zaczęła opatrywać zwierzaka.
- Lepiej bądź ostrożna - prychnęła Marry. - Ten głupi kundel mógł tu po prostu nie wchodzić.
- Marry, to tylko pies - mruknęła Dominique rozglądając się na boki.
- Po prostu chodźmy dalej.
Gdy Sophie skończyła, wstała i powędrowała za koleżankami, a zwierzak o dziwo podążył za nią lekko kulejąc.
- Hej! Zaczekajcie - zawołała, ponieważ sporo ją wyprzedziły.
Doszły do następnego przedziału oznakowanego 4b znajdowały się tutaj praktycznie same wielgachne maszyny nie licząc kilkoro pudeł leżących pod nimi. Sprzęty nie były używane od lat, więc stały zakurzone prosząc się o ratunek.
- Robi wrażenie - Dominique otworzyła szeroko oczy. Wiedziała, że fabryka została zamknięta ponieważ zbankrutowała, ale nie spodziewała się tylu przedmiotów tutaj.
***
Olga, Victoria oraz Susanne trafiły na peron 6 z stołami i szafami. Od początku dało się wyczuć w tym miejscu demoniczną aurę, a istota ta wcale nie miała zamiaru się ukrywać. Z potężnej szafy po lewej stronie od wejścia wyskoczył demon, jednak nie w swej prawdziwej postaci. Udawał człowieka, mianowicie wysokiego, szczupłego, nawet przystojnego blondyna. I choć dziewczyny przygotowały się na wszystko, myślały, iż demon będzie chciał bawić się w chowanego.
- Uważajcie! - krzyknęła Vicki powalając koleżanki na ziemie, powodując, że sama dostała obrażeniem w udo.
Olga i Susanne wstały natychmiast, walcząc z potworem i dając czas kuzynce na regeneracje.
- Dałyście się zaskoczyć - wymruczał, a na jego ustach wykwitł złośliwy uśmiech - To chyba nie wróży zbyt dobrze o was, Nefilim.
- Stul pysk ty przebrzydła kreatuto!
- Oj nieładnie, niektórzy Nocni Łowcy nie są zbyt życzliwi, trzeba nauczyć ich kultury.
W tym momencie jego pazury zaczęły rosnąć, aż w końcowej fazie przemieniły się w sztylety. Na jego twarzy wyrosła satysfakcja. Celował w głowę Olgi, jednak chybił o cal, Susanne w tym czasie próbowała odciąć mu ramię, ale ten się uchylił.
- Lepiej przydaj się na coś przed śmiercią i wyznaj, skąd was tyle się teraz bierze w Aberdeen warknęła Sus walcząc toporem.
- Cóż mała Łowczynio, nie dajecie sobie z nami rady? Nas się nie pozbędziecie, wkrótce zawładniemy światem - jego śmiech był odrażający - A wtedy wasz los będzie marny, Nefilim...
Nie skończył, bo w danym momencie otworzył szeroko oczy i zamienił się w proch. Nastolatki kilka centymetrów dalej ujrzeli pełną energii Annie z rozczochranymi brązowymi włosami. Na rękojeści miecza widać było jej zaciśnięte dłonie.
- Nie mogłam już dłużej słuchać tych bzdur - uśmiechnęła się niewinnie odpowiadając na ich zdziwione miny.
Pierwsza zabrała głos Victoria.
- Jak tu trafiłaś? Przecież poszliście w innym kierunku.
- Wychodzi na to, że tutaj wszystkie drogi są połączone. Nasza grupa nie znalazła nic interesującego, a ja usłyszałam dochodzące stąd wrzaski, dlatego natychmiast przybiegłam.
- Chyba powinniśmy się zbierać skoro załatwiliśmy demona - powiedział Jeremi, który wraz z kolegą pojawił się u boku Annie.
Wszyscy zgodnie kiwnęli głowami.
- Zaraz chwila... a gdzie Sophie, Olga i Dominique? - zapytał Leon po chwili namysłu.
Reszta stała jak skamieniała. Miał rację. Jeśli nic by nie znalazły to już dawno powinny były się tu pojawić.
niedziela, 30 sierpnia 2015
Rozdział 2
2
\
Budynek należał do starych i zniszczonych. Zewnątrz wcale nie wyglądał na szczególnie duży, może tylko wysoki. Drewniane drzwi zostały w połowie wyważone, a z podestu chybotały obszarpane deski. W powybijanych oknach dało się widzieć brudne, podarte firanki. Grupa Nocnych Łowców powoli zbliżała się do przekroczenia progu. Księżyc wisiał wysoko na niebie okalając ich twarze swoim blaskiem. Wreszcie przewodniczący odezwał się zachrypłym głosem.
- Myślę, że powinniśmy się rozdzielić.
Reszta kiwnęła głowami na znak poparcia.
- Dobrze, więc Claudia, Susan oraz Julie zejdą do piwnicy - kontynuował. - Dominika i Agatha staną tu na straży, a Hannah z Madeline pójdą na strych. Ja za to wezmę pierwsze piętro.
Nefilim wkroczyli do akcji wyjmując zza pasów serafickie miecze. Budowla od środka wydawała się być o wiele większa, niż można by przypuszczać. To miejsce prezentowało się przerażająco, jednym słowem idealna kryjówka dla demonów.
***
Wejście do piwnicy przypominało dokładnie to z horrorów. Proste drzwi, schody w dół i zwisająca z góry żarówka zaświecana łańcuszkiem. W tym przypadku akurat do niczego się nie nadawała. Na szczęście Julie miała przy sobie magiczny kamień, leżący na jej dłoni rozświetlał drogę. Kiedy dziewczyny schodziły na dół ciarki przeszły im po plecach; na ścianie widniała zaschnięta krew, natomiast do nozdrzy wdarł im się cuchnący zapach stęchlizny. Schodziły w żółwim tempie, w każdej chwili gotowe na najście wroga.
- Jeśli znajdziecie coś godnego uwagi dajcie znać - powiedziała Claudia zeskakując z ostatniego stopnia.
- Jasne.
Susan oraz Julie poszły w kierunku nijakiej spiżarni, podczas, gdy Claudia wygrzebywała ze swojej czarnej torby latarkę. Teraz zmierzała do czegoś, co zapewne kiedyś miało związek z gabinetem. Obejrzała pokój dookoła. Ze ścian schodziła zgniłozielona tapeta, na niej poprzybijano ramki ze zdjęciami. Ogólnie panowała tu dziwna pustość. Po środku stało masywne biurko, dlatego też nastolatka natychmiast do niego podbiegła. W celu przeszukania jego zawartości, najpierw otworzyła boczną szafkę, gdzie leżał stos papierów.
- Niech to szlag! - przeklęła głośno, kiedy okazało się, że wszystkie to listy miłosne.
Nie miała nawet czasu na przeczytanie ich, to tez wrzuciła je szybko z powrotem. Spojrzała znów na ścianę, dostrzegła tam tablicę korkową, a na niej kilkanaście fotografii. Przyjrzała im się bliżej. Dzieci bujające się na huśtawkach (bez wątpienia na placu zabaw), dalej jakaś para siedząca na zielonej łące pełnej kwiatów, aż w końcu jej wzrok przykuła, ta na której cztery osoby piły drinki przy barze, a barman pokazywał kciuk w górę. Wytrzeszczyła oczy, ponieważ to, co ujrzała wydawało się być niemal nieprawdopodobne. Skąd ta odbitka się tu wzięła? Rozpoznała swoich rodziców oraz wujka Lucasa, były tu również jakieś dwie osoby, których w życiu nie widziała. Odczepiła obrazek i zerknęła na tył. Mazakiem napisano "Ja, Aaron, Lucas, Eliza i Amanda/ Oslo".
- Chyba już całkiem zwariowałam - szepnęła do siebie i zdecydowała zająć się tym później. Schowała zdjęcie do torebki.
- Claudia, chodź tu szybko! - doszedł ją głos z drugiej strony piwnicy. Trzymając łuk w dłoni popędziła tam jak najszybciej.
***
Spiżarnia nawet w najmniejszym stopniu nie przypominała schowku na jedzenie, dlatego dziewczyny ciekawiło po jakiego ktoś wyrył taki napis nad przejściem. W kącie stało tylko kilka beczek z wina i na tym kończyły się zapasy. Po lewej stronie na całej ścianie zrobiona została mała biblioteczka, na środku stało coś w rodzaju krzesła tortur. Miało kajdanki oraz kolce po bokach.
- Czuje smród, gnijącego mięsa - żachnęła się Susan.
- Nie tylko ty - oznajmiła Julie. - Och w dodatku nie bez powodu.
Wskazała punkt pod zakratkowanym oknem; na stosiku leżało tam około sześciu zdechłych, czarnych szczurów. Najprawdopodobniej ślęczały tu tak długo, że ich ciała zaczęły się rozkładać.
- Ohyda - powiedziały w tym samym czasie, po czym się zaśmiały.
Przeszły obok krzesła tortur, do regału pełnego książek.
- Ciekawa jestem, co takiego mógł czytać właściciel tego domu - rzekła Susan.
- Chyba żartujesz, ja wolałabym niczego nie dotykać - wzdrygnęła się koleżanka.
Odpowiedziała jej cichym prychnięciem. Podeszła do półki i wyjęła jedną z lektur, bardzo zakurzoną. "Romeo i Julia".
-- Gospodarz musiał być niezłym romantykiem - pomyślała.
Sięgnęła po następny tom, jednak nie udało się jej go wyjąć. Zamiast tego poczuła, jak podłoże pod jej stopami poczęło się rozsuwać, a ona czuła, że spada w dół. Oglądająca jakiś staroświecki obraz Julie usłyszała wrzask. Odwróciła głowę.
- Sus, wszystko w porządku?
Nie otrzymała odpowiedzi. W mgnieniu oka znalazła się przed regałem, ale po kuzynce nie było śladu.
Zawołała Claudie.
***
Strych nie wchodził w skład najprzyjemniejszych pomieszczeń, roiło się tu od pajęczyn i karaluchów, a deski skrzypiały nawet pod najmniejszym naciskiem. Jakby tego było mało w całym pośpiechu zapomniały o magicznych kamieniach i nie zdążyły nikogo o jakikolwiek poprosić.
- Zapowiada się świetna praca - bąknęła Hannah depcząc kolejnego robaka swoim trampkiem.
- Nie martw się, jesteśmy idealnym... - w tym momencie Maddie wpadła na ogromną sieć pajęczyny, a próbując się uwolnić upadła na podłogę - zespołem.
- Jesteś pewna, że niczego nie brałaś zanim wyszłaś z Instytutu? - zapytała Hann wywracając oczami.
- Możliwe, iż zjadłam o kawałek za dużo czekolady - oznajmiła otrzepując ubranie.
W ciemności trudno było cokolwiek dostrzec, dlatego szły jedna za drugą trzymając miecze w obu dłoniach.
- Nie wiem jak ty Hannah, ale ja czuję tego drania. Wiem, że gdzieś tu jest.
- Obyś miała rację, mam ochotę skopać dzisiaj komuś tyłek.
- Piąteczka siostro! - wyciągnęła rękę do kuzynki, ale zamiast w dłoń trafiła w jej głowę - Boże kochany, nie chciałam, serio nic nie widzę.
- No co ty nie powiesz.
Trochę dalej idąca pierwsza Hann weszła w jakąś zbroje i myśląc, iż ktoś ją atakuje przecięła metal na pół. Było tu wiele skrzynek, niektóre pozamykane a inne otwarte. Przez kwadrans przeszukiwały je oraz szafę.
Zmęczona Madeline usiadła na starej sofie, zaraz obok niej druga Nocna Łowczyni.
- Czułam jego obecność, byłam pewna... - przerwała ponieważ w tej chwili coś lepkiego kapnęło na jej twarz. - Co jest do cholery?!
Obejrzała się do góry. Po drewnianych balach pełzał obślizgły, czarny potwór, w sumie nie do końca pełzał, bo miał ręce i nogi. Nie miał oczu, zamiast nich wgłębienia wypełnione pustką, jego zęby również miały czarną barwę oraz było ich zaledwie kilka.
- Nie myliłaś się, Nefilim - demon miał gruby głos, a z jego ust znów wyleciała jakaś substancja.
- Uważaj! - zawołała do Hann, albowiem to coś sterczało teraz nad nią.
Dziewczyna zerwała się na nogi, mocno trzymając broń.
- Chodź tu ty bestio! - warknęła.
Jak na zawołanie, demon skoczył na równe nogi.
- Ethaniel - stalowe ostrze wysunęło się z rączki.
Nocne Łowczynie zaczęły ciąć potwora po nogach, ale i ten nie pozostawał dłużny rozbryzgując dookoła dziwny płyn, który teraz lekko parzył skórę.
***
Agatha i Dominika były czujne, chociaż nudziło je cały czas stanie w jednym miejscu. Kiedy minęło jakieś pół godziny postanowiły usiąść po turecku na trawie.
- Jak myślisz, dadzą sobie radę z tym demonem? - zapytała ta pierwsza - Podobno są niebezpieczne.
- A czy coś jest tutaj bezpieczne? Nasze życie właśnie na tym polega. W każdej chwili możemy zginąć, ale robimy to dla większego dobra. Poświęcamy się. - odpowiedziała Dominika - Nie wiem jak ty, ale ja nie wyobrażam sobie życia bez bycia Nocnym Łowcą.
Dziewczyna namyśliła się chwilkę, a potem odpowiedziała stanowczo:
- Ja również.
Dworek nie posiadał żadnego płotu, ani ogrodzenia, od razu obok rozpościerał się las. Wierzchołki drzew poruszały się spokojnie, jak gdyby zapraszając przybyszy do środka. Wśród krzaków Agatha dostrzegła jakiś ruch.
- Widziałaś to? - mruknęła do towarzyszki podnosząc się - Tam przy drzewach.
- Nie. O co chodzi?
Nastolatka znów dostrzegła zarys czegoś. Pośpieszyła w tamtym kierunku.
- Ale, Agatha... czekaj! - popędziła za nią.
Młoda dama upatrzyła ślady stóp, chociaż bardziej przypominały łapska. Coś ewidentnie uciekało od niej a ona zamierzała to złapać. Cwaniak był szybki. Przeszkadzające gałęzie rozcinała nożem, ale i tak niektóre robiły rany na jej ciele. Nagle wkroczyła na polane ,gdzie w centrum znajdowało się wielkie drzewo. Podbiegła do niego, spocona od stóp do głów, na grubej gałęzi siedział jakiś stwór.
Dominika nie zdołała dogonić koleżanki. Zabłądziła gdzieś w połowie drugi. Przerażające dźwięki rozdzierały powietrze. Krzyki, odgłos łańcuchów, do tego dziwny bulgot. Osłupiała zrozumiała, że dochodzi zza jej pleców. Pełna energii do walki, wykręciła się w miejscu. Stał przed nią wilk, dwa razy większy niż normalny. To był demon.
***
Agatha i Dominika były czujne, chociaż nudziło je cały czas stanie w jednym miejscu. Kiedy minęło jakieś pół godziny postanowiły usiąść po turecku na trawie.
- Jak myślisz, dadzą sobie radę z tym demonem? - zapytała ta pierwsza - Podobno są niebezpieczne.
- A czy coś jest tutaj bezpieczne? Nasze życie właśnie na tym polega. W każdej chwili możemy zginąć, ale robimy to dla większego dobra. Poświęcamy się. - odpowiedziała Dominika - Nie wiem jak ty, ale ja nie wyobrażam sobie życia bez bycia Nocnym Łowcą.
Dziewczyna namyśliła się chwilkę, a potem odpowiedziała stanowczo:
- Ja również.
Dworek nie posiadał żadnego płotu, ani ogrodzenia, od razu obok rozpościerał się las. Wierzchołki drzew poruszały się spokojnie, jak gdyby zapraszając przybyszy do środka. Wśród krzaków Agatha dostrzegła jakiś ruch.
- Widziałaś to? - mruknęła do towarzyszki podnosząc się - Tam przy drzewach.
- Nie. O co chodzi?
Nastolatka znów dostrzegła zarys czegoś. Pośpieszyła w tamtym kierunku.
- Ale, Agatha... czekaj! - popędziła za nią.
Młoda dama upatrzyła ślady stóp, chociaż bardziej przypominały łapska. Coś ewidentnie uciekało od niej a ona zamierzała to złapać. Cwaniak był szybki. Przeszkadzające gałęzie rozcinała nożem, ale i tak niektóre robiły rany na jej ciele. Nagle wkroczyła na polane ,gdzie w centrum znajdowało się wielkie drzewo. Podbiegła do niego, spocona od stóp do głów, na grubej gałęzi siedział jakiś stwór.
Dominika nie zdołała dogonić koleżanki. Zabłądziła gdzieś w połowie drugi. Przerażające dźwięki rozdzierały powietrze. Krzyki, odgłos łańcuchów, do tego dziwny bulgot. Osłupiała zrozumiała, że dochodzi zza jej pleców. Pełna energii do walki, wykręciła się w miejscu. Stał przed nią wilk, dwa razy większy niż normalny. To był demon.
niedziela, 23 sierpnia 2015
Rozdział 1
1
Aberdeen, 2015
Ciepłe dni tego lata już niebawem miały położyć swój kres. Do września pozostały jedynie dwa tygodnie, ale jak na razie nic na to nie wskazywało Słońce wisiało wysoko w górze okalając swym blaskiem całe Aberdeen, wspaniałe miasto leżące w północno-wschodniej części Szkocji, położone nad Morzem Północnym. Cała ta historia zaczyna się pewnego sierpniowego, upalnego dnia, gdy większość osób siedzi w domu wylegując się na kanapie. Jednak nie oni, rodzina Herondale'ów była niezwykła, nie tylko dlatego, że należała do Nocnych Łowców. W szkockim Instytutucie, znajdującego się kilka kilometrów od cywilizacji oni spędzali aktywnie czas. Budynek o jakim mowa, tak naprawdę był ogromnym zamkiem umieszczonym na świętych ziemiach, zbudowanym oczywiście z granitu, jak wszystkie stare budowle w Aberdeen. Wznosiła się on naprawdę wysoko, a dwie wieżyczki osadzone po różnych stronach dotykały czubkami chmur. Z jednej strony roztaczał się pomost, na końcu, którego można było zobaczyć pomnik Anioła Rajzela z mieczem w prawej dłoni i kielichem w lewej. Podobny figurował u szczytu kopuły, będącej centrum całego zamku. Z drugiej strony występował most, umożliwiający przejazd do Instytutu. Na balkonach będących szczególnie wysoce rosły w tych samych odległościach drzewa oraz różnego rodzaju rośliny stwarzając naturalne środowisko. Z tyłu gmachu zbudowana została spora wieża, służąca za bibliotekę, Nocni Łowcy uwielbiali tam przesiadywać i czytać wybrane lektury.
***
Czy kiedykolwiek istniał piękniejszy dźwięk niż twoje imię? Mówienie go na głos sprawia, że moje serce dzwoni niczym dzwonek. To takie dziwne wyobrażać to sobie, co nie? Dzwoniące serce... Ale gdy ty dotykasz mnie, tak właśnie to wygląda: jakby moje moje serce dzwoniło w mojej piersi i jego dźwięk spływa dreszczem w moich żyłach i rozłupuje moje kości radością.
Czemu napisałem te słowa w tej książce? Z powodu Ciebie. Nauczyłaś mnie kochać tę książkę, gdy nią gardziłem. Gdy przeczytałem ją po raz drugi, z otwartym umysłem i sercem, poczułem tą całkowitą rozpacz z powodu Sydneya Cartona i zazdrościłem mu. Tak, Sydneyowi, bo nawet nie mając nadziei, że kobieta, którą kochał, odwzajemni jego uczucia, przynajmniej mógł powiedzieć jej o swojej miłości. Przynajmniej mógł zrobić coś, by udowodnić płomienność swoich uczuć, nawet jeśli oznaczało to, że miał umrzeć.
Wybrałbym śmierć dla szansy, aby wyznać Ci prawdę, Tessa, jeśli miałbym pewność, że śmierć dotyczyłaby tylko mnie. Właśnie dlatego tak zazdrościłem Sydneyowi, bo był wolny.
A teraz, gdy w końcu jestem wolny, mogę nareszcie powiedzieć ci, nie bojąc się o Twoje bezpieczeństwo, wszystko to, co czuję w moim sercu.
Nie jesteś ostatnim snem mojej duszy.
Jesteś pierwszym snem, jedynym snem, którego nie mogłem nie śnić. Jesteś pierwszym snem mojej duszy i począwszy od tego snu, mam nadzieję, nadejdą następne sny, przez całe życie.
Narszcie z nadzieją,
Will Herondale"
***
Godzina 12 w południe wcale nie przeszkadzała Victorii w
dalszym spaniu, jednakże nie było jej dane dalsze przebywanie pod cieplutką
kołdrą. Do pokoju nastolatki w wesołym humorze wparowała Olga. Sypialnia miała ciemnoszary kolor,
natomiast wszystkie meble były białe. Widoczne było, iż wielkie łoże z
baldachimem stanowiło centrum dormitorium. Nie zabrakło tu szafy, toaletki,
półki na książki oraz dwóch szafek nocnych. Kiedy zobaczyła, że dziewczyna
nadal tkwi w łóżku nawet się nie zdziwiła, podeszła do niego i usiadła na
brzegu.
- Och, jesteś okropna. – burknęła z oburzeniem. – Jak możesz
tak marnować, taki piękny dzień!?
Ale Victoria, jakby jej nie słysząc przewróciła się tylko na
drugi bok. Olga widząc reakcje kuzynki wstała lekko zniesmaczona i udając
powagę powiedziała:
- Panno Herondale, jeśli pani zaraz stąd nie zejdzie będą
tego poważne konsekwencje.
Tym razem niektóre
słowa dodarły do uszu dziewczyny.
- Przecież- już- wstałam. – Mruknęła cicho zaspanym głosem
przytulając się do poduszki.
Olga nie miała zamiaru dawać za wygraną. Wyjęła bukiet
kwiatów z flakoniku położonego na szafce nocnej i odłożyła go na bok. Sama
ujęła w dłonie wazon pełen wody oraz przeniosła go nad łóżko.
- Ostrzegałam. – Oznajmiła przechylając przedmiot.
Cała jego zawartość chlusnęła wprost na twarz śpioszki.
Nastolatka momentalnie się podniosła, ocierając przy tym twarz.
-Zwariowałaś? Przez ciebie jestem cała mokra! – Wrzasnęła
mierząc koleżankę zabójczym wzrokiem.
- Ups, naprawdę nie chciałam, po prostu nie dałaś mi wyboru.
–Odparła cofając się do drzwi.
Vicki odrzuciła pościel na bok i dźwignęła się na nogi od
razu biegnąc w stronę Olgi, która przekroczyła właśnie próg oraz gnała przez
korytarz.
- Ty mała żmijo! Jak tylko cię dorwę gorzko tego pożałujesz.
– Zawołała na cały głos, nie zwracając uwagi na nikogo.
Przyśpieszyła tempo a także chwyciła ją za koszulę. To
sprawiło, że obie poleciały do tyłu , tym samym upadając na posadzkę. Victoria
chcąc wykorzystać sytuację usiadła na „przeciwniczce”.
- Teraz się z tobą rozprawię. – Rzekła podwijając rękawy
piżamy do łokci.
Później dźgnęła nastolatkę palcami w żebra i zaczęła
łaskotać po całym ciele.
***
Susanne Herondale przechodziła krętymi ścieżkami Instytutu ,
kiedy zauważyła, jak obie tarzają się ze śmiechu na zimnej podłodze. Pokręciła
jedynie głową patrząc na nie z dezaprobatą, a potem dalej zmierzała żwawym
krokiem do biblioteki. Miała zamiar zatopić się w jakieś książce i nie
wychodzić z pomieszczenia przynajmniej do wieczora, lecz najpierw chciała udać
się do kuchni umieszczonej na parterze po filiżankę mrożonej herbaty.
Potrzebowała czegoś na schłodzenie.
- Dzień dobry! – rzuciła wchodząc.
Kucharki odpowiedziały jej tym samym. Było ich zaledwie
cztery, ale bardzo dobrze się ze wszystkim uwijały. Pierwsza odezwała się
najstarsza z nich. Wyglądała na około czterdzieści lat i była dość tęga.
- Czego sobie panienka życzy?
- Chciałam prosić tylko o mrożoną herbatę z cytryną. –
Zawiadomiła siadając na drewnianym krześle.
- Oczywiście, zaraz przyniosę – mówiąc to odeszła w stronę szafki.
Pozostałe kobiety krzątały się tu i tam, w poszukiwaniu
odpowiednich składników do przygotowania obiadu. Susanne poczęła śledzić
wzrokiem kuchnie. Stanowiła ona obszerną część budowli, na boku przy ceglanej
ścianie stał kwadratowy stół. Trochę dalej widniała ogromna lodówka, liczyła
trzy metry wysokości i cztery szerokości. W pokoju nie zabrakło również wielu
mebli, piekarnika, typowych sprzętów i akcesorii. Zazwyczaj panowała tu
przyjemna atmosfera , choć zdarzały się sytuacje, kiedy ginęły jakieś
przedmioty kilka minut przed posiłkiem, wtedy szefowa kuchni wpadała w szał.
Nim dziewczyna się obejrzała na stoliku stał kubek zimnego
naparu.
- Dziękuje, Lisa. – Powiedziała.
- Tylko uważaj, żebyś się nie poparzyła! – Zawołała za nią.
Szybciej, niż sądziła dotarła do wrót biblioteki. Siedziało
tu parę osób, ale jakoś szczególnie nie zwracała na nie uwagi. Półki z
książkami były przywarte do ścian i sięgały samego szczytu, a żeby dostać się
do wybranego działu trzeba było poruszać się krętymi schodami. Sus postanowiła,
że dziś uda się na samą górę. Wchodząc, wchłaniała do nozdrzy zapach starych
pism i pergaminów. Przypomniały jej się te czasy, kiedy była mała i bawiła się
w chowanego z rodzeństwem, zawsze
przychodziła tutaj, a inni za nic nie mogli jej znaleźć. Kąciki ust Nocnej
Łowczyni drgnęły lekko do góry na to wspomnienie, czuła, że zna to miejsce jak własną kieszeń. Gdy już
dotarła do celu rozejrzała się dookoła. Na tym piętrze tomów było niewiele,
jednakże miały one w sobie coś wyjątkowego. Niektóre z nich Susanne czytała
dziesiątki razy. Podeszła do regału i wyjęła księgę na chybił trafił. Spojrzała
na okładkę. „Baśnie tysiąca i jednej nocy”. Dostała taką samą na swoje 11
urodziny, więc branie ją do siebie nie miało sensu. Odłożyła egzemplarz.
Zamknęła oczy i wyciągnęła rękę, pod opuszkami palców poczuła wyniszczony brzeg,
więc złapała książkę i natychmiast spojrzała na tytuł.
- Opowieść o dwóch miastach. – Szepnęła do siebie.
Słyszała o niej, ale jeszcze ani razu nie czytała. Ta
wyglądała na bardzo starą, co zainteresowało Susanne. Od razu chciała zobaczyć
rok w, którym została wyprodukowana.
1872.
- Musi być naprawdę stara - pomyślała z uśmiechem.
Właśnie była w połowie drogi, kiedy spomiędzy stron wypadła jakaś kartka. Zdziwiona Susanne podniosła ją, to był list. Szybko przeczytała go z rozszerzonymi oczami.
"Tess, Tess, Tessa.
Czy kiedykolwiek istniał piękniejszy dźwięk niż twoje imię? Mówienie go na głos sprawia, że moje serce dzwoni niczym dzwonek. To takie dziwne wyobrażać to sobie, co nie? Dzwoniące serce... Ale gdy ty dotykasz mnie, tak właśnie to wygląda: jakby moje moje serce dzwoniło w mojej piersi i jego dźwięk spływa dreszczem w moich żyłach i rozłupuje moje kości radością.
Czemu napisałem te słowa w tej książce? Z powodu Ciebie. Nauczyłaś mnie kochać tę książkę, gdy nią gardziłem. Gdy przeczytałem ją po raz drugi, z otwartym umysłem i sercem, poczułem tą całkowitą rozpacz z powodu Sydneya Cartona i zazdrościłem mu. Tak, Sydneyowi, bo nawet nie mając nadziei, że kobieta, którą kochał, odwzajemni jego uczucia, przynajmniej mógł powiedzieć jej o swojej miłości. Przynajmniej mógł zrobić coś, by udowodnić płomienność swoich uczuć, nawet jeśli oznaczało to, że miał umrzeć.
Wybrałbym śmierć dla szansy, aby wyznać Ci prawdę, Tessa, jeśli miałbym pewność, że śmierć dotyczyłaby tylko mnie. Właśnie dlatego tak zazdrościłem Sydneyowi, bo był wolny.
A teraz, gdy w końcu jestem wolny, mogę nareszcie powiedzieć ci, nie bojąc się o Twoje bezpieczeństwo, wszystko to, co czuję w moim sercu.
Nie jesteś ostatnim snem mojej duszy.
Jesteś pierwszym snem, jedynym snem, którego nie mogłem nie śnić. Jesteś pierwszym snem mojej duszy i począwszy od tego snu, mam nadzieję, nadejdą następne sny, przez całe życie.
Narszcie z nadzieją,
Will Herondale"
***
Dominque i Madeline siedziały na miękkiej trawie
rozmawiając.
- Na Anioła! Jak on mnie denerwuje. – Zadygotała Maddie –
Mam ochotę tam iść i przywalić mu w tą parszywą gębę.
Siostra spojrzała na nią, jej żółte oczy wyrażały
niezrozumienie.
- Możesz mi powiedzieć, o kim mówisz?
- Jak to o kim! O tym dupku, który jest po przeciwnej stronie.
Dominique spojrzała za siebie. Chłopak stał nonszalancko
oparty o pień drzewa patrząc na nich wzrokiem pełnym kpiny. Jego ciemne włosy
zostały potargane przez wiatr, co jeszcze bardziej dodawało mu uroku, a
błyszczące w słońcu niebieskie tęczówki przeszywały na wylot. Jednak, jak
wspominała jej towarzyszka, był on totalnym draniem.
- Noel Hamilton? Daj spokój, już dawno wszyscy zdążyliśmy
nauczyć się go ignorować – powiedziała stanowczo. – Po prostu zrób to samo.
Madeline nawet nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ właśnie
wtedy podeszła do nich dziewczyna z długimi granatowymi włosami oraz
fioletowymi oczami. W dłoniach trzymała drogi aparat, a na twarzy pojawił jej
się złośliwy grymas.
- Uśmiech Herondale’owie! – przyłożyła przedmiot do głowy i
pstryknęła zdjęcie – Wreszcie wasze durne twarzyczki do czegoś się nadadzą.
Będę mogła nimi odstraszać demony.
Następnie przybrała pozę osoby, która mocno się nad czymś
zastanawia.
- Myślę, że kiedy to zobaczą uciekną hen daleko i na długo
nie wrócą.
Młodsza z rodzeństwa już otwierała usta, jednak Dominique
była szybsza.
- Ach, jesteś aż tak beznadziejna z samoobrony, że już sama
nie dajesz sobie rady? A co do pomysłu to bardzo kiepski, prędzej tym zjawą do
zakochania, niż do uciekania. – powiedziała to najsłodszym tonem jaki potrafiła
z siebie wydobyć.
Nocna Łowczyni tylko mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem,
brzmiącego niczym „Jeszcze się policzymy”, a później odeszła w całkiem inną
stronę.
- Ją też nauczyliśmy się lekceważyć? – w głosie siostry
pobrzmiewała nutka ironii.
Dominique prychnęła siląc się na oburzenie.
Chwilę później obie
wybuchnęły gromkim śmiechem, zwracając przy tym uwagę pozostałych osób obecnych
na dworze.
***
W tym samym czasie Claudia, Annie, Susan i Marry postanowiły
wybrać się nad wodę. Zabrały swoje rzeczy w torby i wsiadły na rowery. Droga do
morza nie była długa, także te pojazdy sprawdzały się znakomicie.
- Claudia, ty znowu z łukiem? – obruszyła się Susan. - No
weź jedziemy tylko nad morze!
Przyjrzała się dokładnie koleżance. Posiadała piękne, duże zielone oczy oraz
długie włosy koloru średni brąz. Miała na sobie jasnoniebieskie bikini oraz
broń przewieszoną przez ramie. Całość dawała wrażenie, iż wyglądała ślicznie a
zarazem niebezpiecznie.
- Nigdy nie znasz dnia, ani godziny. – Mruknęła.
Dziewczęta szybko dotarły na plażę, Annie od razu poleciała
w stronę wody, zaś pozostałe trzy rozłożyły koce na gorącym piasku.
- Czy tylko ja mam wrażenie, że te wakacje upływają
zdecydowanie za szybko? – Zapytała Marry z wyrzutem.
- Nie tylko ty, mała – dobiegł je zza pleców uwodzicielski
głos.
Obejrzały się za siebie. Jakiś dwóch Nocnych Łowców
postanowiło spędzić wolny czas nad wodą, zamierzali również chamsko się
doczepić.
- Witajcie, drogie panie – przywitał się starszy z nich. –
Jestem Oliver, a ten za mną to Tayler.
- Susan. Z mojej lewej to Claudia, a z prawej Marry. –
Powiedziała za siostry, które najwyraźniej nie miały zamiaru się przedstawiać.
– A ta, która pływa to Annie.
Wskazała palcem na postać w oddali, Annie pomachała im.
Claudia odruchowo chwyciła swój łuk i pobiegła w stronę morza, ale zamiast
wejść do niego usiadła nad brzegiem. Ucieszony Oliver (z powodu, że będzie mógł
zostać z nią sam na sam) powędrował w jej kierunku.
- Słuchajcie, Oliver to straszny podrywacz, lepiej będzie,
jeśli wasza koleżanka go oleje, bo inaczej nie wyjdzie jej to na dobre. –
Poradził Tayler patrząc na przyjaciela,
który pożerał wzrokiem Claudie.
Marry zaśmiała się złośliwie.
- Lepiej martw się o swojego kolegę – oznajmiła chciwie –
Może nie wrócić w całości.
- Zmierzasz do czegoś? – zmrużył oczy, na wzór kota.
- Absolutnie nie, zresztą sam się przekonasz.
Oliver usadowił się obok dziewczyny.
- Czego chcesz? – warknęła odsuwając się od niego.
- Udaje niedostępną –
pomyślał z satysfakcją. – Lubię takie.
- Dałabyś zaprosić się na kolację? – spytał pomijając jej
wcześniejszą wypowiedź.
- Jedyne co mogę ci dać idioto, to tą strzałą w oko.– Mówiąc
to pokazała zaostrzony metalowy kij.
Niezadowolony z łowów chłopak syknął, że jest nienormalna.
Claudia wnerwiona do granic wytrzymałości wymierzyła mu kopniaka między nogi, a
ten upadł trzymając się za obolały punkt.
Chlupiąca się w wodzie Annie, nagle poczuła pod nogami coś
dziwnego. Zaskoczona wyciągnęła ręce w tamtą stronę i wyjęła tajemniczą rzecz.
Okazało się, że to pierścień, w dodatku nie byle jaki. Wykonany został ze
szczerego srebra, a u góry widniał duży granatowy diament. Słysząc, jak przyjaciółki ją wołają,
zacisnęła unikat w pięśc i pognała do nich.
- Coś się stało?
- Opowiemy ci wszystko po drodze – wyparowała Susan. – Co
tak tam sterczałaś?
- Po prostu… szukałam muszelek, ale żadnych nie znalazłam. –
Skłamała szybko.
Potem chwyciła torbę i wrzuciła do niej pierścionek.
***
Sala treningowa miała jakieś 65m2, na ścianach wisiały różne noże, miecze, topory, włócznie, łuki itd. Czego tylko dusza zapragnie. Po środku stały kukły, na których można było wykonywać ćwiczenia, a gdzieniegdzie zostały porozstawiane tarcze oraz worki bokserskie. Przy ścianach leżały materace, gdzie aktualnie siedziały Hannah i Dominika. Niespodziewanie do pomieszczenia wparowała zadowolona Julie.
- Cześć kochane! – Zawołała w progu. – Słyszałam, że was tu
znajdę.
- Hej. – bąknęły bez entuzjazmu.
- A ty co taka ucieszona? – Zapytała Dominika.
- A wy takie smutne? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Chyba nie do końca się wyspałyśmy – oświadczyła Hannah.
- No nie ważne, przyszłam, żeby przekazać wam najnowszą
wiadomość – Uśmiechnęła się szeroko – Z okazji zakończenia wakacji nad rzeką ma
odbyć się ognisko. Przyjedzie też kilka osób z innych Instytutów. Ogółem
świetna zabawa!
- Jakoś wolałabym przespać ten dzień – żachnęła się Hann.
- Przestań, może być zabawnie – Dominika szturchnęła ją w
bok ruszając sugestywnie brwiami.
Julie popatrzyła na nie, jak na jakieś niedorobione.
- Ale z was ciućmoki – zaśmiała się.
Julie była szatynką o ciepłych brązowych oczach. Teraz miała
na sobie kremową koszulkę i czarne spodenki, przez co wyglądała jeszcze
bardziej sympatycznie. Nagle coś załaskotało Dominike w nogę.
- Ej, zostawcie moją nogę – zachichotała. – Inaczej źle się
to dla was skończy.
- Ale, Domi o czym ty mówisz? – zapytały jednocześnie
zaskoczone.
Nastolatka popatrzyła na ich miny, z których wynikało, że
nie mają z tym nic wspólnego. Serce podskoczyło jej do gardła, jednak hardo
odwróciła się do tyłu. Westchnęła z ulgą, kiedy okazało się, iż to tylko mały
króliczek miniaturka należący do Madeline.
- Aguamenti, ale mnie wystraszyłeś! – powiedziała do pupila,
biorąc go na ręce.
- Mówię, wam ten zwierzak ma czasem niezłe odpały, raz nawet zaczął mnie kopać - mruknęła Julie.
- Może zasłużyłaś? - wtrąciła się Hannah.
- Ja, taka grzeczna dziewczyna? - prychnęła.
- Chyba kiedy śpisz i wołasz jeść.
***
Sophie ten dzień spędzała na dworze wraz z siostrą, Agathą. Siedziały na pomoście karmiąc chlebem pływające dookoła kaczki oraz ryby. Po tej części Instytutu było dziś dość spokojnie i raczej nikt tu nie przychodził, ponieważ większość wolała spędzić ten czas na tyłach w ogrodach. Rozmawiały całkiem spokojnie, kiedy nagle jedna z kaczek rozprostowała skrzydła i poszybowała w kierunku Sophie, wierzgając nogami i rozrzucając pióra na wszystkie strony. Oszołomiona dziewczyna zahaczyła nogą o deskę, a to wystarczyło aby wpadła do wody. W rzece było dość głęboko oraz dziwnie zimno, jak na tak upalny dzień. Siła uderzenia spowodowała, że wszystkie kaczki odpłynęły daleko stąd.
- Pomocy! - zawołała - Nie potrafię pływać!
Spanikowana Agatha, nie wiedziała co ma robić, sama nie radziła sobie z pływaniem najlepiej, chociaż najgorszą nazwać ją nie można. Ta chwila wahania sprawiła, iż ktoś inny uprzedził ją w tym zadaniu. Jakiś chłopak, z daleka ujrzała jego kruczoczarne włosy, zdjął swoją koszulkę i natychmiast wskoczył do wody na ratunek Sophie. Zwinnie wziął na siebie jej ramię oraz ujmując ją w pasie popłynął szybko do brzegu. Agatha nie czekając dłużej, sama pobiegła w tamtą stronę.
- Na Anioła! Nic ci nie jest? - zawołała przerażona do nastolatki.
- Juz.Wszystko.Dobrze - wydukała pomiędzy kolejnymi kaszlnięciami.
Leżała cała przemoczona w ramionach chłopaka, który okazał się być Leonem Fosterem. Spojrzała na niego oczami pełnymi wdzięczności.
- Dziękuje, gdyby nie ty nie wiem co by się stało.
- Naprawdę to drobnostka, najważniejsze to zabrać cię teraz do Instytutu, musisz się ogrzać.
- Skąd się tu wziąłeś? - zapytała Agatha - Wcześniej cię nie widziałyśmy.
- Przebywałem w zamku, ale zrobiło mi się duszno i musiałem wyjść się przewietrzyć.
- Dasz radę dojść sama, czy mam ci pomóc? - tym razem zwrócił się do Sophie.
- Myślę, że sobie poradzę.
Leon i Sophie szli razem z przodu zupełnie nie zwracając uwagi na Agathę, która wlokła się za nimi.
- Ach, zakochani - jęknęła udając mdłości. Później postanowiła zanucić o tym jakąś piosenkę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)